Chojnow.pl
Nasza strona korzysta z plików Cookie. Czytaj więcej.
facebook twitter YT IG
Logowanie Rejestracja
PWSZ Legnica Cuprum Arena

Historie z Niebieskiego Parasola

Autor Maks
Data utworzenia: 20 sierpień 2014, 09:14 Wszystkich komentarzy: 4


Historie z Niebieskiego Parasola

Pomiędzy gorączkowymi kłótniami odnoszącymi się do polityki samorządów w naszym mieście i gminie, a notatkami o kolejnych wypadkach na chojnowskich drogach, które szybko wśród czytelników odchodzą w zapomnienie, postanowiłem zająć się czymś, co nie powinno zostać zapomniane. Mowa tutaj o ludziach i ich historiach, a dokładniej mówiąc, o pacjentach Niebieskiego Parasola.

Za każdym razem gdy kierujemy się na rehabilitację, czy w celu zrobienia zdjęcia rentgenowskiego, mimochodem ich mijamy. Pewnie część z nas nawet nie zwraca oczu w drugi koniec korytarza, na którym seniorzy siedzą i gawędzą między sobą. I tak nie są to wszyscy pacjenci, gdyż duża ich część zamieszkuje także wyższe kondygnacje starego szpitala. Jednak te starsze osoby, jak każdy z nas, posiadają swoją historię, a tak się składa, że ich są niezmiernie ciekawe, gdyż zawierają w sobie wspomnienia II Rzeczpospolitej, Kresów czy II wojny światowej. Ludzi pamiętających tamte czasy jest niestety coraz mniej, dlatego tym bardziej warto wysłuchać ich historii, zanim ich pokolenie całkowicie wygaśnie. Uzbrojony w dyktafon, ciekawość i cierpliwość, postanowiłem porozmawiać z seniorami o ich wspomnieniach i historiach, wysłuchać ich, aby choć w niewielkim stopniu unieśmiertelnić te opowieści.

*

Kobiet nie wypada pytać o wiek, jednak w przypadku pani Ireny zrobiłem wyjątek, gdyż o tak piękny wiek aż wypada zapytać. Uśmiechnięta staruszka bowiem liczy sobie 99 lat, a za 9 miesięcy będzie obchodzić swoje setne urodziny. Urodziła się w powiecie pułtuskim. Później jej rodzina została przeniesiona na Polesie. Jej mąż był wojskowym, służył w kancelarii Marszałka Piłsudskiego, podczas wojny został pułkownikiem 83 pułku piechoty. Zamieszkała na Polesiu zaraz po tym, jak ziemie te zostały objęte granicami nowonarodzonej II RP.
Gdy wybuchła II wojna światowa, jej mąż wyjechał na wojnę, z której nie miał już wrócić. Został zamordowany w Katyniu razem z innymi polskimi oficerami. Pani Irena mieszkała wtedy w Kobryniu, w mieście obecnie należącym do Białorusi. Najgorszy dla niej okres zaczął się w 1940 roku, kiedy zaczęto wywozić Polaków w głąb Rosji. W trzecim z kolei transporcie znalazła się także moi rozmówczyni. Trafiła do kołchozu w okręgu Barnauł, nieopodal styku Rosji z Chinami, Mongolią oraz dzisiejszym Kazachstanem. Sowieci zabrali im cały majątek, Polacy sami musieli wybudować sobie schronienia i parać się wszelkich prac fizycznych- od wyrębu lasów, do żniw. Pani Irena jednak zajmowała się też i księgowością. Z braku pożywienia jedzono tam pokrzywy i lebiody zasmażane na patelni. Po trzech latach pobytu, jak twierdzi pani Irena, do kołchozu przyjechał generał Sikorski z obietnicą ratunku. Po jakimś czasie zaczęto odczuwać pomoc napływającą dzięki staraniom polskiej ambasady. Przez okręg tamtejszych kołchozów przewinęła się także postać generała Andersa, który formował armię. Razem, z polskimi więźniami mieszkał również kilkunastoletni wówczas Wojciech Jaruzelski. Coraz więcej Polaków, którzy zaczynali być zwalniani z łagru, zaczęło zapisywać się na ochotnika do armii Andersa.
W końcowym okresie pracy w kołchozie, pani Irena pracowała w młynie, dźwigając worki z mąką i zbożami. Pewnego dnia w łagrze rozniosła się wieść o tym, że Polacy mają być wywiezieni z łagru z powrotem do Polski. Tym samym pociągiem, do którego pani Irena ładowała worki z mąką, wróciła do kraju. Jej ostatnim przystankiem było Krosno Odrzańskie. Jej brat po zakończeniu wojny został zdemobilizowany i została mu przydzielona ziemia na terenach zabranych Niemcom. Tak mieszkała i pracowała razem z bratem i dziećmi w Olszynie. Utrzymywali się z pięciohektarowego gospodarstwa rolnego. Swoje wspominki kwituje słowami swoich dzieci, które razem z nią dzieliły trudy Syberii. Któreś z nich powiedziało swojej mamie, iż ich wojenne historie są dla nich tylko snem, którego nie chcą pamiętać. Zadając pani Irenie kolejne pytania zauważyłem, że coraz trudniej jest jej wydobywać przeszłość i to nie z powodu zaników pamięci. Nie chcąc męczyć starszej osoby jej przykrymi wspomnieniami, przerwałem.

*

Pani Anna była osobą, która sama do mnie podeszła i poprosiła o wysłuchanie jej historii. Nie urodziła się w Polsce, lecz w Jugosławi, na terenach dzisiejszej Republiki Serbskiej w Bośni i Hercegowinie. Jej dziadkowie wyemigrowali na tamte tereny jeszcze przed 1918, jednak moja rozmówczyni nie potrafiła określić, dlaczego dokładnie. Kiedy miała 20 lat, wybuchła II wojna światowa, jednak wieś, w której mieszkała – Prnjavor – wojna szczęśliwie ominęła. Cała wieś była zamieszkana przez Polaków. Po wojnie osadę odwiedził polski delegat oznajmujący początek procesu repatriacji. 26 transportów wyruszyło z Jugosławii i przywieźli ich wszystkich do Bolesławca na Dolnym Śląsku. Rodzice pani Anny byli rolnikami zarówno tam, jak i w Polsce, a ich córka pomagała im na roli. Ożeniła się z zawiadowcą kolejowym, z którym zamieszkała w Tomaszowie Bolesławieckim na stacji kolejowej. Później w ogóle już nie pracowała, a jej życie przebiegało spokojnym torem i w Niebieskim Parasolu mieszka już 10 lat. Gdy podała mi tę wiadomość, zaczęła płakać, a gdy zapytałem, odpowiedziała, że „stało się te 10 lat”.

*

Pan Kazimierz jest miłym panem o ciepłym głosie, który zmuszony jest poruszać się wózku. Pochodzi z Kresów, ale nie z Ukrainy, tylko z Polesia. Obecnie tereny te należą do Białorusi. Gdy pan Kazimierz był mały, tamtejsze lasy należały do majątku hrabiego Potockiego. Ojciec pana Kazimierza pracował jako jego leśniczy, natomiast matka otworzyła sklep. W momencie wybuchu mój rozmówca liczył sobie dziesięć lat, a jednak całą wojnę pamięta, jakby wszystkie jej nieszczęścia miały miejsce wczoraj. W zasadzie wskazuje na pewien paradoks, do którego może przyznać się wiele seniorów, gdyż o wiele łatwiej przychodzi mu wspominać dawne czasy młodości, niż najświeższe wydarzenia. Pamięta bardzo dobrze strach, jaki wzbudzały ostrzeżenia przed nadciągającymi oddziałami Sowietów. Pan Kazimierz przypomina, że w oczach Polaków Rosjanie nie byli żołnierzami. Dla nich były to bandy regularnie napadające na wioski i miasteczka. Jednak dobrze wspomina dzień, w którym pierwszy raz widział niemieckich jeńców prowadzonych przez polskich żołnierzy. Wtedy to Polakom w pierwszym etapie wojny udało się zdjąć niemiecki samolot. Rodzinie pana Kazimierza pierwsze dni wojny udało się przeżyć dzięki zasobom, które znajdowały się w sklepie jego matki. Gdy jednak nad rodzinnym Polesiem zawisło widmo starć niemiecko-sowieckich, zmuszeni byli uciekać do okupowanej przez hitlerowców Warszawy, gdzie znajdowała się najbliższa im rodzina. Mój rozmówca pamięta przedpowstaniową Warszawę, a szczęśliwym zbiegiem okoliczności udało im się wyjechać ze stolicy na dni przed wybuchem powstania warszawskiego. Naturalnie nie mieli pojęcia o tym, co było zaplanowane na 1 sierpnia, a swój wyjazd kwituje krótkim „nie można nikomu tak na karku siedzieć”. Miał na myśli oczywiście swoją rodzinę, u której się zatrzymali. Stamtąd wyjechali więc głębiej w Generalną Gubernię. Swoje schronienie znaleźli w Radomiu. Tam również mieli swoją rodzinę. Pan Kazimierz zaczął pracować w piekarni. Był zbyt młody, aby dostać wezwanie na front, jednak musiał zarabiać, aby w tej trudnej porze mieć za co żyć. Szczęśliwie Radom był dla niego ostatnim portem, w którym musiał szukać schronienia przed wojną. Został tam już do jej zakończenia. Po upadku Berlina nie miał dokąd wrócić. Naturalnie jego rodzinne strony zostały przed nim zamknięte – dawne polskie Polesie weszło w skład Związku Radzieckiego. Wraz z matką i jej siostrą, pan Kazimierz przyjechał na Dolny Śląsk. Zupełnie nie wiedząc, gdzie osiąść, oparli się na zasłyszanej informacji, że nieopodal Jeleniej Góry znajduje się piękne miasteczko. Miasteczkiem tym okazała się być Świerzawa, w której mój rozmówca się ożenił i zaczął pracować w Zakładach Górniczych Nowy Kościół. Po ich likwidacji pan Kazimierz wyjechał do Lubina, gdzie przepracował przeszło szesnaście lat, aż do emerytury. W wyniku niefortunnego upadku, doznał on kontuzji biodra, przez co może poruszać się jedynie za pomocą wózka inwalidzkiego. Jak sam mówi, jego marzeniem jest, aby móc chodzić.

*

Pani Ifigienia, mimo iż czuje się Polką, nie urodziła się w niej, a w Rumunii, na Bukowinie. Tam się wychowała i tam chodziła do szkoły zanim jeszcze wybuchła wojna. Miała na tyle szczęścia, że jej rodzinne tereny wojna w jakiś sposób ominęła na tyle, na ile można to nazwać „szczęściem”. Bardziej pamiętne dla niej były czasy, kiedy radziecka Ukraina wydarła Rumunii część historycznej Bukowiny. Nie oznacza to jednak, że wojna nie odcisnęła piętna na materialnej stronie życia pani Ifigieni. Jej rodzice umarli, gdy była mała. Matkę zabrał panujący w czasie wojny tyfus. Do Polski przyjechała w 1946 roku w nadziei, iż w powojennej Polsce znajdzie lepsze życie niż w powojennej Rumunii. Jej mąż był obcokrajowcem urodzonym w Danii z małżeństwa Polaka i Rumunki. Jednak wojenna zawierucha sprawiła, iż kiedy byli jeszcze narzeczeństwem, na cały rok, jak to określa pani Ifigienia, „zgubili się”. Spotkali się całkowicie przypadkiem dopiero po wojnie w Bukareszcie, gdzie szukała pracy. Kiedy zauważyła go, siedzącego w witrynie restauracji, podeszła do niego i postanowili na nowo zostać razem. Z powrotem do Polski przyciągnęła ich peerelowska propaganda, sprowadzająca Polaków z całej Europy z powrotem do ojczyzny. Jako małżeństwo zamieszkali we Wrocławiu, gdzie przydzielono im mieszkanie. Byli wtedy bez żadnego majątku, jedynie z dwoma workami bagażu. Bez łóżka i tylko z jednym garnkiem, mąż mojej rozmówczyni imał się różnych zajęć przy odbudowie ruin miasta, natomiast ona sama zostawała w domu, bojąc się obcego miasta i obcego języka. Potrzebowała roku, aby osłuchać się w połowie z językiem polskim, a w połowie z ukraińskim, który znała z Bukowiny, a którego trudno było nie usłyszeć we Wrocławiu, zważywszy na to, że lwia część repatriantów przybyła tam z południowych Kresów. Wkrótce wyprowadzili się z Wrocławia i przenieśli do PGRu w Brochocinie. Pani Ifigienia została sama, kiedy jej mąż umarł. Nie miała rodziny ze swojej strony, nie spłodzili żadnych dzieci. Najbardziej pani Ifigieni zapadły w pamięć obrazy. Mówi, że to różne lokacje i krajobrazy najłatwiej jest jej przywołać przed oczami.

*

Pani Krystyna wychowała ósemkę dzieci i ma dziś dziewiętnaście wnucząt. Sama pochodzi z kielecczyzny, ze wsi Łopuszno. Kiedy Niemcy zaatakowały Polskę, miała 9 lat. Dobrze pamięta czasy wojny, kiedy chowała się w lesie lub w polu przed Niemcami. Na strychu u sąsiada zaś chowała się, gdy porywano młode Polki do pracy w III Rzeszy. Pamięta też zbrodnie popełniane przez hitlerowców, które były popełniane na jej oczach, jak np. rozstrzelania, czy te popełniane na Żydach, których tu jednak nie będę opisywać. Równie dobrze pamięta chowanie się przed sowieckimi bandami, a także ukrywanie zapasów i inwentarza przed rosyjskimi rabunkami. Wspomina ona sąsiedzką wieś, która niemal wyłącznie zamieszkana była przez Niemców. Byli to jednak na tyle zasymilowani Niemcy, że ich polscy sąsiedzi nie wiedzieli nawet, że ci nie są Polakami. Wskazuje na ciekawy fakt, że gdy armia niemiecka cofała się pod naporem komunistów i namawiała swoich rodaków na powrót do III Rzeszy, nikt z nich nie miał ochoty opuszczać swoich ziem i społeczeństwa, w którym mieszkali tyle lat. Pani Krystyna opowiadała mi także historie usłyszane od swojego męża. Otóż jej teściowa, a jego matka w przedwojennych Niemczech dorobiła się majątku, po czym osiadła na Wołyniu, gdzie weszła w posiadanie ziem, którymi gospodarowała. Razem z synem była świadkiem krzywd wyrządzanych Polakom przez banderowców, których także nie będę tutaj przytaczać. Uciekając przed zbrodniami Ukraińców, koleją dotarli do Kielc, gdzie pani Krystyna została wydana za mąż w wyniku ustawionego przez rodziców małżeństwa. Razem z mężem zajęła się kilkunastohektarowym gospodarstwem rolnym, jednak nie potrafili go utrzymać, mając na wychowaniu ósemkę dzieci, toteż razem z Kresowiakami udali się na zachód, by ostatecznie osiąść w okolicach Głogowa. Tam pracowali w pegeerze, a dzieci rozjechały się po całym Dolnym Śląsku. Pani Krystyna przyznała, że mimo iż mieszkanie w Niebieskim Parasolu to nie to samo, co ze swoją rodziną, to jej dzieci wraz z wnukami bardzo częstą ją odwiedzają, przywożąc prezenty.

*

Każdy senior, z którym rozmawiałem tamtego dnia miał do opowiedzenia inną i niepowtarzalną historię. To one czyniły moich rozmówców wyjątkowymi i zrywały z nich anonimowość narzuconą przez aurę samotności, jaka owiewa Niebieski Parasol. Jednak mimo różnych dróg, jakie przyszło im pokonywać w burzliwych czasach, jedno niczym się między nimi nie różniło. Kiedy wyłączałem dyktafon, odkładałem krzesło na miejsce i dziękując za rozmowę życzyłem im zdrowia, tak samo gorąco dziękowali mi za szansę zaistnienia jako ktoś ze swoją historią, którą teraz każdy może poznać. A kiedy odwracałem się już w progu ich sal, każdy senior tak samo wpatrywał się w okno lub w podłogę, mając na twarzy ten sam wyraz, zdradzający że pogrążeni we wspomnieniach na nowo przeżywają minione dni.


Komentarze

Bardzo ciekawy wpis. Jeśli można, to proszę o wiecej.
zgłoś komentarz
Świetny tekst. Brawo.
zgłoś komentarz
Ten ,,trop"jest interesujący!
zgłoś komentarz
For the person asking for sites about office of management & finance tips payment unit, top money tips, finance tips for millennials, top financial ideas, good finance tips, I highly suggest this good financial ideas page or for excellent money ideas, top financial tips, finance tips blogs, excellent finance ideas, finance tips 2020, have a look at this worthwhile financial tips website.
zgłoś komentarz

Dodaj Komentarz

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.