Chojnow.pl
Zapoznaj się z naszą Polityką prywatności
facebook twitter YT IG
Logowanie Rejestracja
REKLAMUJ SIĘ NA CHOJNOW.PL SPRAWDŹ NASZĄ OFERTĘ BANERÓW I ARTYKUŁÓW SPONSOROWANYCH

Pojezierza - wyprawa rowerowa chojnowskiego podróżnika Rafała Wyciszkiewicza [cz. 3]

Autor Rafał Wyciszkiewicz
Data utworzenia: 16 wrzesień 2022, 15:11 Wszystkich komentarzy: 0


Pojezierza - wyprawa rowerowa chojnowskiego podróżnika Rafała Wyciszkiewicza [cz. 3]

Chojnowski miłośnik podróży rowerowych Rafał Wyciszkiewicz ma za sobą kolejną udaną wyprawę. Zapraszamy do trzeciej części jego szczegółowej relacji.

Zobacz także cz. 1 oraz 2


Jedenasty dzień, dystans 68 km

Dzień ten zapowiadał się piekielnie, bo o 9 godzinie w namiocie miałem 35 stopni - istna masakra. Nim z niego wypełzłem, tak się spociłem, jakbym przejechał 100 km pustynią Gobi. Po zwinięciu obozu, na chwilę zawitałem nad jezioro, zrobić zdjęcie i ruszyłem dalej, docierając do...Rzymu. Ponoć wszystkie drogi tam prowadzą, ale nie wiem dlaczego, bo nie było w nim niczego ciekawego do zobaczenia. Trzy godziny później znalazłem się w Czechach. Ma się to tempo haha.

Cel na dziś, to kolejne historyczne miejsce w dziejach Polski - Ostrów Lednicki, oraz skansen w Dziekanowicach, tuż obok. Niestety była już godzina 15:00 i nikła szansa na zwiedzenie tych dwóch miejsc, więc wybrałem skansen. I tu ciekawostka, bo na wspomnianej wcześniej pierwszej wyprawie, tutaj także dotarłem, ale w momencie, kiedy niestety ochroniarz zamykał bramę. Ubłagałem go wtedy i wpuścił mnie na kilka minut. Teraz natomiast spędziłem tu dwie fajne godziny, napawając się tym niesamowitym klimatem a także uwielbianym przeze mnie zapachem chat i w przeciwieństwie do Osieka, kręciło się po nim zaledwie kilka osób. Był to trzeci skansen na tej wyprawie, a w sumie na koncie mam już jedenaście z nich.


Skansen w Dziekanowicach

Pomimo, że na historyczną wyspę Ostrów Lednicki prom już nie kursował, to postanowiłem tam podjechać. Leży ona pośrodku długaśnego jeziora, ciągnącego się przez 8 kilometrów. Po jego drugiej stronie, pod słynną rybą, odbywają się co roku spotkania religijnej młodzieży. I tym razem dron okazał się bardzo przydatny, gdyż dzięki niemu byłem na tej wyspie, i wykonałem kilka zdjęć. To na niej mieszkał Mieszko i prawdopodobnie został tu ochrzczony. W XIX wieku odkryto relikty jego pałacu i do tej pory prowadzone są badania archeologiczne. Dwa lata temu z jeziora wydobyto ozdobiony krzyżem miecz, inkrustowany topór oraz groty włóczni i strzał.


Ostrów Lednicki

Teraz czekał mnie kilkukilometrowy odcinek do Pobiedzisk drogą śmierci Gniezno-Poznań, jak ją nazwałem wtedy, pamiętając, jaki panuje na niech ruch. Nie miałem w planie tego miasta, ale zrezygnowałem z polnej drogi na skróty do Krześlic, przekonując się wielokrotnie, że skrót pokonuje się dużo dłużej. I pomijając duży ruch, to jechało mi się po niej najlepiej z wszystkich dróg. Pomimo że było płasko, miałem wrażenie, że jadę lekko z górki.


Fontanna w Pobiedziskach

Wieczorem dojechałem do wspomnianych Krześlic, gdzie byłem również przed siedemnastu laty, za sprawą znajdującego się w tej miejscowości ładnego pałacu. Postanowiłem zostać tu na noc, ale była to malutka wioska i po tym, jak odmówiły mi dwie osoby, straciłem nadzieję. Lecz czego, jak czego, ale szczęścia w szukaniu noclegów, nie można mi odmówić, bo znów udało się go znaleźć w ostatnim domu, naprzeciw tego pałacu, gdzie kiedyś stróżem był dziadek, u którego się rozbiłem. Stała u niego na podwórku przyczepa kempingowa, w której wtedy stróżował, więc zaproponował mi w niej nocleg. Chętnie bym skorzystał, ale temperatura panowała tam, jak w piekle. Z wszystkich osób, u których nocowałem, ten dziadek żył najskromniej, gdyż nie miał nawet ciepłej wody a czas spędzał na ławce przed domem, mordując muchy haha, bo siedział na niej aż do zmroku.

Dwunasty dzień, dystans 54 km

Gdy tylko pożegnałem dziadka, podjechałem pod pałac i o dziwo brama była otwarta, bo powiedział, że będzie zamknięta. Niestety ale pałac, który wtedy tętnił życiem, od lat czeka na kupca.


Pałac w Krześlicach

Po opuszczeniu terenu pałacowego, usłyszałem że ktoś zamyka bramę, więc znowu szczęście, choć w zanadrzu był dron, bez którego nie miałbym w większości tych pałaców na zdjęciach. Następnie jechałem pięknym odcinkiem, gdzie tuż przy drodze ciągnęło się jedno za drugim kilka jezior,


Jezioro Stęszewskie

by dojechać do Wierzonki a następnie... Wierzenicy, z drewnianym kościołem.


Kościół w Wierzenicy

Natomiast z miejscowości tej do Kicina podążałem polną drogą, gdzie na całej jej długości usytuowane były kapliczki z wyrzeźbionymi obrazkami. Na wielu z nich brakowało tych obrazków. Zapewne jakiś "wierzący" postanowił mieć je na własność. A ja jestem pewien, że ani ta święta woda, ani "wierzące" miejscowości, ani droga wzdłuż kapliczek, nie wpłynęły w żadnym stopniu na mój stosunek w kwestii wiary. O godzinie 14:00, dotarłem do stolicy Wielkopolski, wiedząc, że spędzę w niej czas do jutra, bo bywałem przejazdem w tym mieście wielokrotnie, ale nigdy go nie zwiedzałem. Pierwsze swoje kroki, a raczej ślady, skierowałem na Ostrów Tumski. Tu zwiedziłem okazałą Bazylikę Archikatedralną a także sfotografowałem ciekawy mural 3D kawałek dalej.


Bazylika Archikatedralna


Mural 3D na poznańskiej Śródce

Następnie popedałowałem do Parku Cytadela, by zwiedzić tam Muzeum Armii Poznań oraz Muzeum Uzbrojenia...

Muzeum Armii Poznań


Muzeum Uzbrojenia w Poznaniu

...po czym pokręciłem się trochę po tym pięknym i wielkim parku. Nadeszła pora, aby zawitać do serca miasta, czyli na Rynek. À propos Rynku, to nie wiem dlaczego, ale większość pytanych przeze mnie ludzi o drogę do tegoż, kierowało mnie... na bazar. Czy tak trudno im się było domyślić, widząc podróżnika na rowerze, że raczej jestem zainteresowany zabytkami a nie warzywami? haha. Poznański Rynek z Ratuszem należy do najładniejszych, lecz nie w tym momencie. Wiedziałem, że trwa tam jakiś remont, ale to, co zobaczyłem na żywo, to była masakra. Już droga dojazdowa do niego, była cała rozkopana, a sam Rynek wygląda, jak podczas wojny, bo jest kompletnie rozkopany z każdej strony. Trwa tam bowiem od końca ub.roku wymiana nawierzchni infrastruktury podziemnej, wraz z systemem odprowadzania wody deszczowej, która potrwa jeszcze rok. Na ciekawe zdjęcie nie było więc szans.

Poznański Ratusz


Rozkopany poznański Rynek

Nawet słynnym koziołkom nie podoba się cały ten bajzel, bo strajkowały, ku rozczarowaniu turystów. Normalnie byłyby tu tłumy ludzi, a teraz zupełnie nie było czuć klimatu dużego miasta. Jedyne z czego byłem zadowolony w tym momencie, to z frytek z sosem z suszonymi pomidorami, jakie tam zjadłem.


Pyszne frytki na poznańskim Rynku

Zbliżał się wieczór, więc trzeba było udać się na nocleg. I tu miałem problem, bo pól namiotowych w mieście brak, a za schronisko nie zamierzałem płacić 70 dych. Tak niewiele brakowało, a miałbym darmowy nocleg, gdyż mam w Poznaniu dwoje znajomych, ale koleżanka właśnie zapragnęła odwiedzić mamusię w...Chojnowie, a kolega wybył gdzieś w siną dal - jak pech, to pech. Lecz przed wyprawą wziąłem na cel jedno miejsce i tam się udałem, czyli na kemping, nad jeziorem Strzeszyńskim, tylko że on oddalony był od centrum aż 15 kilometrów. Nad jezioro dotarłem o 20 i nieźle się zdziwiłem, bo o tej porze plaża była jeszcze pełna ludzi.


Jezioro Strzeszyńskie, gdzie udałem się na nocleg

Chciałem zrobić zdjęcie z drona, niestety w pobliżu jest lotnisko i z tego powodu praktycznie cały Poznań objęty jest zakazem lotów bezzałogowcami, gdyż samoloty przelatują praktycznie przez środek miasta. Współczuję mieszkańcom.

Trzynasty dzień, dystans 43 km

Rano przy goleniu stwierdziłem, brak żelu - no niech ma choć mały prezent ten biedny dziadek. À propos, to był już drugi żel sprezentowany ludziom - ech co za skleroza ze mnie. O 10.30 ponownie zjawiłem się na poznańskim Rynku, by zwiedzić tu trzy muzea - Archeologiczne, Powstania Wielkopolskiego oraz Wielkopolskie Muzeum Wojskowe.


Muzeum Archeologiczne w Poznaniu

Muzeum Powstania Wielkopolskiego w Poznaniu


Wielkopolskie Muzeum Wojskowe w Poznaniu

Po tak dużej dawce historii, pora była coś przekąsić, a tym czymś były... te same frytki, co wczoraj, co świadczy o tym, że mi zasmakowały. Pani z okienka pamiętała nawet z jakim sosem je podać. Następnie zrobiłem objazd po centrum, utrwalając na zdjęciach najważniejsze miejsca i budowle.

Fontanna Wolności

Pomnik Ofiar Czerwca 56


Na liście tej nie mogło zabraknąć...Malty. Czyżbym znowu za granicą wylądował? Nieee-Malta to oczywiście wielkie jezioro w Poznaniu, o długości dwóch kilometrów, gdzie rozgrywane są różnego rodzaju zawody w sportach wodnych. Co ciekawe, obok niego usytuowany jest stok narciarski.

Jezioro Maltańskie w Poznaniu


Stok narciarski w Poznaniu

Ostatnim punktem w mieście był Stary Browar, nie dlatego, że chciałem się uchlać piwem, za którym szczególnie nie przepadam, tylko by zobaczyć, jak z dawnego browaru powstała oryginalna galeria handlowa i przyznaję, że ciekawie wygląda z zewnątrz. W środku niestety nie byłem, ale ponoć tutaj także, jak w przypadku cukrowni w Żninie, nowoczesność miesza się z dawnym klimatem.


Galeria Stary Browar w Poznaniu

Kiedy fotografowałem stojący obok tego popularnego miejsca wagon tramwajowy, zaczepiła mnie kobieta, mówiąc, że niedawno też była na wyprawie po Wybrzeżu, i nagle pyta, czy nie potrzebuję noclegu. No kurczę, dlaczego jej wczoraj nie spotkałem? Po półtora dnia, przyszła pora opuścić Poznań. Jako że nastała już późna pora, postanowiłem poszukać noclegu w pierwszej wiosce za miastem i nie było to proste tym razem, bo odmówiły mi aż trzy osoby, co jest rekordem. Ale w końcu byłem w "Pyrlandii" haha. Udało się za czwartym razem w miejscowości Wiórka, pół kilometra od Warty. I był to dobry wybór, bo gość w trosce spytał, czy niczego mi nie potrzeba? i zaproponował prysznic, co dla mnie jest oznaką dużego człowieczeństwa w tych czasach. Na szczęście tutaj przygód z kurkami już nie miałem haha. Ale to nie wszystko. Kiedy usłyszał, że zgubiłem jeden z bidonów, który kupiłem tuż przed wyprawą, podarował mi swój, rzekłszy, że ma ich kilka, gdyż sam trochę ciśnie po pedałach. Ja oczywiście nie oczekiwałem tego prezentu, ale skoro dają...haha.

Czternasty dzień, dystans 67 km

Dzisiejszej nocy były 23 stopnie, więc nawet nie myślę, ile będzie w ciągu dnia. Miejsca, do którego zamierzałem teraz pojechać, w początkowych planach nie miałem. Byłem tu bowiem na pierwszej wyprawie. Ale przez te 17 lat, dużo się w rogalińskim pałacu, bo o nim mowa, zmieniło, więc nie mogłem tu ponownie nie zajrzeć. Tym bardziej, że miejscowość ta była zaledwie kilka kilometrów poza początkową trasą. I nie żałuję, bo teraz wnętrza pałacowe robią naprawdę duże wrażenie a wtedy nie było w nim wiele do oglądania.

Chciałem tu przyjechać też po to, aby zrobić zdjęcia z góry, gdyż widok z drona jest imponujący i pokazuje, jak wielki i piękny jest to zespół pałacowy. Temu, kto nie kojarzy tej miejscowości napiszę, że to właśnie tutaj w ogrodzie stoją (bo niestety już obumarły) słynne Dęby Rogalińskie- Lech, Czech i Rus.


Pałac w Rogalinie

Kilka kilometrów stąd jest słynny Kórnik, który ostatnio zasłynął z tego, że "bardzo ciepło" przyjęto tam Jarosława "Wielkiego", ale ten sobie darowałem, bo może duch Jarka jeszcze tam straszy? haha. Następnie przekraczając Wartę nowym mostem, otwartym zaledwie przed miesiącem, dojechałem do podpoznańskiej Mosiny. Tutaj w Rynku leżakowała sobie mosińska młodzież, bo tylko szaleniec jedzie rowerem w 36 stopniowym piekle. Często spotykałem podczas wyprawy, czy to w parkach, czy na Rynkach, tak wypoczywających mieszkańców. A w Chojnowie? Ludzie siedzą pozamykani w domach. Ale z drugiej strony, kto by w upalny dzień wysiedział na chojnowskiej pustyni dłuższą chwilę? Tylko, że mamy jeszcze zupełnie niewykorzystane dwa parki.

Obawiałem się drogi, jaką teraz przyszło mi podążać, z powodu dużego ruchu. I jakże miła niespodzianka mnie spotkała, bo prawie cały 30 km odcinek do Kościana, pokonałem prawdziwymi ścieżkami rowerowymi i chodnikami. Warte podkreślenia jest to, że w okolicy Poznania jest ich wiele. Legnica, nie mówiąc już o Chojnowie i gminie, są w tej kwestii o lata świetlne w tyle. W drodze do Kościana, sfotografowałem ponownie pałac w Czempiniu, bo w tym mieście też gościłem na wspominanej wyprawie. Niestety tak jak wtedy, tak i teraz, ten ładny pałac stoi w zapomnieniu, nie mogąc znaleźć nowego właściciela, który tchnie w niego życie. A co do Kościana, to tutejszy widok Rynku również mnie rozczarował, z tego samego powodu, co w Poznaniu. Na pocieszenie zrobiłem zdjęcie ciekawej wieży ciśnień.

Pałac w Czempiniu


Wieża ciśnień w Kościanie

Tego dnia nocleg znalazłem w Popowie Wonieskim, znowu w ostatnim domu. Tym razem miałem nie byle jakie towarzystwo- cztery młode kociaki.


Dziś miałem odwiedziny

Przypomniała mi się sytuacja sprzed lat, kiedy wygłodniałe koty właściciela, pod moją nieobecność, próbowały dokonać włamu do namiotu, gdy wyczuły żarcie, i nieźle go wtedy potargały. Kiedy te także zaczęły po nim skakać, trzeba było donieść o tym fakcie właścicielowi. Trzy z nich zamknął w komórce, natomiast oświadczył, że jeden jest nie do złapania. Nękał mnie jeszcze przez jakiś czas, ale w końcu dał za wygraną. Mogłem spokojnie oddać się w objęcia Morfeusza.

Piętnasty dzień, dystans 67 km

Po raz pierwszy od początku wyprawy, dzień powitał mnie całkowitym zachmurzeniem, które nie wróżyło zbyt dobrze. Kiedy jeszcze dobrze nie wsiadłem na rower, w następnej miejscowości już miałem przystanek, za sprawą ładnego pałacu w Drzeczkowie, którego bez drona znowu nie byłoby szans sfotografować, bo był to private area. Kilka minut później w Osiecznej kolejny zabytek, tym razem znajomy zamek nad jeziorem, gdzie mieści się szpital rehabilitacyjny, a przy którym także kiedyś już byłem, ale tym razem nie podczas wyprawy, a na krótkim objeździe samochodowym kilku wielkopolskich pałaców.

Pałac w Drzeczkowie


Zamek w Osiecznej

Przy wyjeździe z Osiecznej miła niespodzianka, piękna ścieżka rowerowa, prowadząca aż do Leszna. Tuż przed miastem obok ścieżki, pierwszy raz zobaczyłem coś, co w takiej formie wywołało u mnie chwilę smutku i refleksji. Była to ławeczka i tablica pamiątkowa z opisem i zdjęciem byłego wiceprezydenta Leszna. W 2010 roku wracając z...rajdu rowerowego zasłabł w tym miejscu i zmarł. Paradoksalnie prowadził sportowy tryb życia, chodząc po górach i jeżdżąc na rowerze. W związku z tym obok ławeczki na sercu jest napis "Jesteś sportowcem w wieku+50? Wyrównaj tempo i odpocznij".


Ławeczka pamięci prezydenta Leszna

Wzruszyło mnie to, gdyż też już należę do tej grupy. Uznałem więc, że zatrzymując się tu, aby przeczytać, o co chodzi, wyrównałem tempo, ruszając dalej. Po pół godzinie, dojechałem na Rynek w Lesznie, gdzie trwał właśnie jarmark staroci. Sfotografowałem ładny Ratusz...


Ratusz w Lesznie

...po czym udałem się pod stadion żużlowy legendarnej Unii Leszno. O dziwo brama była otwarta, więc wlazłem na jego koronę.

Jednak wolę rower


Stadion żużlowy Unii Leszno

Przy wyjeździe z miasta, zwiedziłem jeszcze dawny ewangelicki kościół.


Kościół poewangelicki w Lesznie

I w tym momencie po raz pierwszy tego dnia pochmurne niebo pokazało, na co je stać. Na szczęście na krótko. Stąd do Chojnowa miałem 100 kilometrów i gdyby nie warunki pogodowe, być może tego dnia byłbym już w domu, ale ja nawet nie dojechałem do Głogowa. 0 17:00 znów zaczęło lać i nim dojechałem do przystanku, byłem już cały mokry. 40 minut później ruszyłem dalej, ale nie ujechałem daleko, bo w następnej wiosce Wyszanów następna ulewa i koczowanie na przystanku. Wieczór zbliżał się nieubłaganie, więc zastanawiałem się, jak ja rozbiję namiot, gdy nie przestanie lać, a lało konkretnie. Po kolejnych 40-tu zmarnowanych minutach deszcz ustał. Pojechałem nad Barycz, gdzie wpada ona do Odry i tam w lasku napotkałem ruiny dawnego poniemieckiego hotelu. Chciałem już tam zostać na noc, bo zawsze to jakiś dach nad głową, ale niestety, kiedy zaczęło mi kapać na czoło, zrezygnowałem.

Wróciłem do wioski popytać o nocleg. Wychodzi babcia i kiedy usłyszała, co mnie sprowadza, woła drugą babcię. Obie wystraszone, odesłały mnie do sąsiadów. Pytam sąsiadów, a ci do mnie- "Co Pan będzie rozbijał namiot, jak mamy coś lepszego". Po czym prowadzą mnie do pomieszczenia gospodarczego, gdzie stoi łóżko z jakąś pierzyną, stolik i lustro. Oczywiście nie zastanawiałem się ani chwili, bo czego chcieć więcej hehe.


Mój ostatni nocleg w luksusowym hotelu

I moje wielkie szczęście, że trafiłem na tych ludzi (okazało się, że te babcie są ich rodziną), bo gdy tylko wlazłem do tego pięciogwiazdkowego hotelu, rozpętał się pogodowy "armagiedon", lało do 13:00 następnego dnia, czyli 20 godzin. Takiej ilości deszczu nie miałem przez wszystkie swoje dotychczasowe wyprawy i nie tylko wyprawy, bo nie pamiętam, kiedy tak długo padał deszcz? Ale i tak mam wielkie szczęście, bo zawsze pogoda się psuje pod koniec wyprawy, lub gdy jestem już w domu. A zepsuła się tak, że przez trzy kolejne dni z ponad 30-tu stopni zrobiło się 20 i padało. Tak więc ze skrajności w skrajność. Niestety dzień kończyłem niezbyt miło, wyświetlacz telefonu przestawał reagować na dotyk. Podejrzewam, że ucierpiał w czasie deszczu, gdyż miałem go na kierownicy, choć ponoć jest w jakimś stopniu wodoodporny. Przyczyną mógł być też upadek na asfalt dzień wcześniej, ale po tym działał normalnie, i nie był to jego pierwszy upadek, po którym działał bez zarzutu. Ale był też jeszcze jeden powód-przegrzanie od upału, bo raz dostałem komunikat, by go wystudzić.

Na szczęście, gdy wróciłem do domu, to zdążyłem jeszcze zgrać z niego zdjęcia, po czym całkowicie przestał reagować. Skończyło się niestety na najgorszej opcji, czyli drogiej wymianie wyświetlacza, a serwisant powiedział, że przyczyną raczej nie był deszcz a właśnie przegrzanie. Tak więc miałem kolejne, wielkie szczęście, że stało się to tuż po powrocie do domu.

Szesnasty dzień, 45 km

Ranek nie był zachęcający do jazdy - temperatura spadła do 20-tu stopni, co po ponad 30-to stopniowych upałach mogło być chłodem i nadal lało. Ale nie było wyjścia, gdyż za dwie godziny miałem pociąg z Głogowa do Legnicy. No niestety z bólem serca podjąłem decyzję, że w tych warunkach nie ma co jechać rowerem do domu. Tysiąc kilometrów przejechać rowerem a ostatnie 50 pociągiem-no ból. Do Głogowa miałem zaledwie 15 km, ale zanim tam dotarłem, zdążyłem użyć pół słownika "łaciny". Musiałem niestety wyjechać na ruchliwą drogę krajową, co w deszczowych warunkach było bardzo niebezpieczne. Ktoś mi doradził, że w Wilkowie można ją ominąć, jadąc boczną prawie do samego miasta. Tak też zrobiłem. Niestety okazało się, że to droga gruntowa, więc wyobraźcie sobie, jak wyglądała po kilkudziesięciogodzinnym deszczu.

Kilkumetrowe kałuże, których nie można było ominąć i aż cud, że w żadnej z nich nie zażyłem kąpieli. Jak wyglądał mój rower, to mówić nie muszę. Był to zaledwie 2 km odcinek, ale miałem go serdecznie dość. Gdy dojechałem do Serbów, w pierwszym domu poprosiłem o wiadro wody, bo w napędzie i hamulcach aż trzeszczało. Kiedy oznajmiłem gościowi, skąd wracam, ten tylko pokiwał głową z niedowierzaniem haha. Była to najbardziej bezsensowna decyzja, żeby tędy jechać, gdyż ominąłem zaledwie 2 kilometry krajówki, tylko jakim kosztem? Na głogowską stację dotarłem zaledwie 15 minut przed odjazdem pociągu, choć gdybym się spóźnił, być może do domu dojechałbym rowerem. Przed Legnicą bowiem przestało padać, więc wysiadłem w Rzeszotarach i ostatni odcinek pokonałem swoim bicyklem. Ten ostatni odcinek zepsuł mi nieco nastrój, ale w sumie jestem bardzo zadowolony, że kolejną wyprawę przejechałem bez żadnych problemów. Jedynym problemem, o którym wspominam co roku, są upały, tylko że z roku, na rok są one bardziej dokuczliwe. Na szesnaście dni chyba tylko cztery były z temperaturą poniżej 30 stopni-kiedyś było odwrotnie i niestety będzie tylko gorzej.

Na koniec mała statystyka. Przejechałem 1100 kilometrów, przez 25 miast i trzy pojezierza, sfotografowałem dwadzieścia zamków i pałaców, zwiedziłem osiem muzeów, trzy skanseny, jeden bunkier, byłem nad trzynastoma jeziorami a pięćdziesiąt utrwaliłem na zdjęciach. Z wyprawy przywiozłem 2200 zdjęć.

Dziękuję wszystkim, którzy dotrwali do końca i zapraszam w październiku do MBP na spotkanie, gdzie opowiem o trzech ostatnich swoich wyprawach.

Kto chciałby zobaczyć więcej zdjęć, zapraszam do albumu i do krótkiej relacji filmowej...



Komentarze

Ten wpis nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj Komentarz

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.