Chojnow.pl
Zapoznaj się z naszą Polityką prywatności
facebook twitter YT IG
Logowanie Rejestracja
REKLAMUJ SIĘ NA CHOJNOW.PL SPRAWDŹ NASZĄ OFERTĘ BANERÓW I ARTYKUŁÓW SPONSOROWANYCH

Pojezierza - wyprawa rowerowa chojnowskiego podróżnika Rafała Wyciszkiewicza [cz. 2]

Autor Rafał Wyciszkiewicz
Data utworzenia: 15 wrzesień 2022, 15:46 Wszystkich komentarzy: 0


Pojezierza - wyprawa rowerowa chojnowskiego podróżnika Rafała Wyciszkiewicza [cz. 2]

Chojnowski miłośnik podróży rowerowych Rafał Wyciszkiewicz ma za sobą kolejną udaną wyprawę. Zapraszamy do drugiej części jego szczegółowej relacji.

Zobacz także cz. 1



Piąty dzień, dystans 85 km

Rankiem ponownie zajechałem do Sierakowa, by przekroczyć Wartę, kierując się na Drezdenko, do którego piętnaście kilometrów jechałem przez las, zbawienny podczas tych strasznych upałów.


Warta za Sierakowem

Miałem szczęście, bo gdzieś do połowy wyprawy moje drogi prowadziły w 70% przez lasy. W Drezdenku sfotografowałem ratusz i wieżę ciśnień, wrzuciłem na ruszt pizzę, po czym ruszyłem do Mierzęcina.


Ratusz w Drezdenku

Wieża ciśnień w Drezdenku

Miejscowości tej początkowo nie miałem w planie, bo leżała trochę obok trasy, ale kiedy zobaczyłem na zdjęciach zespół pałacowy, jaki się tam znajduje, nie mogłem tam nie zboczyć. Jest to cały kompleks budynków folwarcznych, w których mieści się hotel, restauracja, SPA, bilard, sauna, winiarnia, sale konferencyjne i oczywiście pięknie odrestaurowany pałac.


Zespół pałacowy w Mierzęcinie

Wstęp na jego teren jest płatny, ale ochroniarz wpuścił mnie bez problemu za free. Oj, aż chciałoby się tu zostać na noc, ale o ceny nawet wolałem nie pytać. Zapewne jedna noc, to połowa budżetu mojej wyprawy hehe. Po kilku kilometrach dojechałem do miasteczka Dobiegniew, co nie jest zaskoczeniem, położonego nad...dwoma jeziorami. I właśnie tam, po raz pierwszy znalazłem nocleg na kampingu, uwaga...całkiem darmowym, co jest niespotykane w naszym kraju. Wiedziałem o tym już wcześniej z internetu. I co warte podkreślenia, z pełną infrastrukturą, czyli aneksem kuchennym, pachnącym wc i prysznicami z ciepła wodą.

Baszta w Dobiegniewie

Panorama Dobiegniewa


Pomnik w hołdzie jeńcom oflagu w Dobiegniewie

Miasto dostało na ten cel dotację z Unii. Za resztę pieniędzy zrobiono też ścieżkę rowerową wzdłuż jeziora, przy którym działa również punkt informacji turystycznej, gdzie się udałem i zostałem obdarowany kilkoma folderami oraz mapami. To przykład, jak dobrze wykorzystać pieniądze na promocję miasta. Chwilę później zatrzymała się obok mnie Pani na rowerze, pytając dokąd zmierzam i udzielając mi informacji. Powiedziała, że lubi pomagać ludziom- co było bardzo miłe.

Szósty dzień, dystans 87 km

Myślałem, że im bliżej morza, a stąd było nieco ponad 100 km, teren będzie się obniżał, a tu było odwrotnie. Już wcześniej często miewałem 3% odcinki, ale tego dnia naprawdę miałem ich sporo, osiągając rekord przewyższeń, wynoszący 400 m. Dodając do tego ponad 30 stopniowe piekło, jazda wtedy nie była przyjemna. Nie spodziewałem się, że teren będzie aż tak pofałdowany. Praktycznie to tylko Wielkopolska była płaska. Wczesnym popołudniem dojechałem do Drawna, położonego nad Jeziorem Dubie...

Panorama Drawna


Zegar słoneczny w Drawnie

...a dwie godziny później do Kalisza Pomorskiego, gdzie znajdują się aż trzy jeziora.

Pałac w Kaliszu Pomorskim


Panorama Kalisza Pomorskiego

Na noc zatrzymałem się w miejscowości Osiek Drawski, naprzeciw ciekawego kościoła i było to niezapomniane przeżycie haha.


Kościół w Osieku Drawskim

Kiedy rozbijałem namiot, nagle straszny huk i widok startującego myśliwca. Byłem niedaleko największego w Polsce poligonu w Drawsku Pomorskim. Chłopak, który udzielił mi zgody na rozbicie namiotu, powitał mnie w stanie wskazującym. Spytałem go, czy mogę skorzystać z gniazdka elektrycznego? Ten po chwili ciągnie do namiotu kabel. Ale niestety prądu nie było. Walczył kilka minut, w końcu się udało...na chwilę. Skończyło się na tym, że powerbanka podłączyłem u niego w domu. Za chwilę patrzę, a ten wchodzi do namiotu z fajkami i butelkami piwa, pomyślałem, że będzie wesoło i szybko spać nie pójdę, z czego raczej nie byłem zadowolony. Kiedy zobaczył, że gotuję na kuchence wodę, kazał mi natychmiast ją wyłączyć, mówiąc, bym przyszedł do kuchni, gdzie zrobi mi herbatę i też coś mięsnego do jedzenia. Gdy oznajmiłem mu, że nie jem takich rzeczy a do tego, nie palę, to nic nie powiedział, ale zrobił taką minę, jakby zobaczył przybysza z obcej planety.

Tak zaczął się chwalić wyhodowanymi przez siebie pomidorami trzech gatunków, że zapomniał zrobić mi ten posiłek. Za to pozwolił skorzystać z prysznica. Pominę opis warunków łazienkowych. Kiedy już ściągnąłem z siebie prawie wszystko, ten wpada do łazienki bez pukania, bo kulturą słowa i bycia on nie grzeszył a niestety zamknięcia tam nie było, by pokazać mi...jak się obsługuje baterię. No myślałem, że wyjdę z siebie i już miałem mu powiedzieć kilka słów, ale się powstrzymałem, chcąc w spokoju przetrwać noc. Na szczęście rano go nie było, za to byli jego rodzice. Kiedy spytałem, czy mogę skorzystać z toalety, zgodzili się i poza odpowiedzeniem mi dzień dobry, żadnych innych słów od nich nie usłyszałem haha.

Siódmy dzień, 71 km

Po kilku kilometrach dojechałem do miasteczka Złocieniec, a następnie Siemczyna, gdzie obejrzałem zespół pałacowy, w którym mieści się hotel i restauracja a samemu pałacowi przywracany jest dawny blask.


Ratusz w Złocieńcu

Pałac w Siemczynie

Stąd z góry roztacza się przepiękny widok na olbrzymie jezioro Drawsko, które należy do największych w kraju, mające długość 12 km. Nad tym jeziorem położony jest Czaplinek, gdzie następnie się udałem.

Jezioro Drawsko w Czaplinku


Panorama Czaplinka

Jakby tego było mało, to w mieście są jeszcze dwa mniejsze jeziora. Ubolewam, że nie przybyłem tu tydzień wcześniej, bo wtedy po raz pierwszy w tym miejscu odbywał się Festiwal Pol'and'Rock, czyli dawny "Woodstock". Następnie udałem się do Starego Drawska, fotografując ruiny zamku templariuszy "Drahim", położonego między Jeziorami Drawsko a Żerdno.


Zamek Drahim w Starym Drawsku

Mijając po drodze jeziora Komorze i Lubicko Wielkie, dojechałem do kolejnego celu wyprawy, jakim było Borne Sulinowo, położone nad długim na 8 km jeziorem Pile. Miłośnikom historii miejsce to jest bardzo znane. Przed II WŚ Niemcy wybudowali garnizon, gdzie stacjonowały wojska Wehrmachtu, a który otworzył sam Hitler, natomiast do 1992 roku, mieściła się tutaj tajna jednostka radziecka, której nie było na żadnych mapach, a Polacy dowiedzieli się o niej dopiero po opuszczeniu Polski przez radzieckiego okupanta. Była największymi koszarami w Polsce, gdzie kwaterowało 15 tys. ludzi. Obecnie mieszka tu 5 tys.osób.


Borne Sulinowo - dawne radzieckie tajne miasto

Kiedy tam dotarłem nastał wieczór i wiedziałem, że tam przyjdzie mi zatrzymać się na nocleg, bo wokół sam las przez kilkanaście kilometrów. Podejrzewałem, że nie będzie to proste, gdyż znajdują się tutaj same koszarowce i zaledwie 6 domków jednorodzinnych. I właśnie tam koło ostatniego z nich udało mi się rozbić namiot na posesji, choć nie było to łatwe, bo za żadne skarby szpilki nie chciały wejść w ziemię. Nic dziwnego, gdyż kiedyś w tym miejscu przebiegało torowisko. Kiedy już siedziałem wygodnie w namiocie, do mych uszu dolatywała muzyka. Okazało się, że to koncert zespołu... Golden Life, który nota bene koncertował w Chojnowie w maju, a teraz występuje w Bornem, podczas corocznego Zlotu Pojazdów Militarnych.

Ósmy dzień, 81 km

Kiedy już trafiłem do Bornego Sulinowa w trakcie zlotu, postanowiłem zajechać na teren imprezy. Przez chwilę poczułem się, jak na wojnie, widząc wokół ludzi w wojskowych uniformach i pojazdy wojskowe.


Piknik militarny w Bornem Sulinowie

Pora była udać się do kolejnego tajnego miejsca, drogą, którą na co dzień mało co jeździ, ale w tym dniu ruch był masakryczny, ponieważ wszyscy zmierzali na ten zlot, więc co chwilę mijały mnie samochody i motory, także wojskowe. A mogłem posłuchać kobiety, jadąc szutrem przez las i wielkie pola lawendowe, ale obawiałem się, że znowu wpakuję się w jakieś piachy. Po kilku kilometrach dotarłem do Kłomina, do którego bez GPSa trudno byłoby już trafić, bo z dawnej jednostki radzieckiej, zostały zaledwie 3 budynki. Miejsce to było jeszcze bardziej chronione, niż Borne Sulinowo, gdyż stacjonowała tu jednostka rakietowa. Po latach w jednym z budynków odkryto mapę, z zaznaczonymi celami, i włos jeży się na głowie, ile miast miało być zmiecionych z powierzchni ziemi, w razie konfliktu. Kilka kilometrów stąd, w Brzeźnicy-Kolonii, była jedna z trzech baz w Polsce, gdzie Rosjanie przechowywali głowice nuklearne.


Dawna jednostka radziecka w Kłominie

Dwa lata temu, zwiedziłem jedyny zachowany z nich bunkier atomowy w Podborsku. Kolejnym miastem na trasie było Jastrowie. Przy wyjeździe sfotografowałem wysadzony przez oddział SS wiadukt kolejowy, gdzie w czasie II WŚ toczyły się tu walki, oraz zajechałem nad jezioro.

Jezioro Jastrowie Wielkie


Wysadzony most w Jastrowiu

Kiedy wrzuciłem zdjęcie z miasta na FB, dzwoni do mnie koleżanka, mówiąc , że w dzieciństwie tam mieszkała i szkoda, że nie wiedziała, iż będę tamtędy przejeżdżał, bo zamówiłaby zdjęcie rodzinnego domu. Następnie dojechałem do miasta Złotów, położonego nad...dwoma jeziorami. Kiedy wjechałem do centrum, myślałem, że fotografuję ratusz, okazało się, że jest to zabytkowy budynek aresztu. Następnie pojechałem pod właściwy ratusz, przy którym znajduje się pomnik jelenia - symbolu miasta, gdyż ssak ten jest umieszczony w herbie. Ten przy ratuszu w południe rycząc, wykonuje obrót. Drugiego jelenia spotkałem przy jeziorze.

Areszt w Złotowie

Jezioro Miejskie w Złotowie

Panorama Złotowa


Ryczący jeleń w Złotowie

Tuż za miastem w miejscowości Święta, dwa dni przed świętem, zatrzymałem się na nocleg.

Dziewiąty dzień, dystans 70 km

Tego dnia pierwszym przystankiem na trasie, była Górka Klasztorna, w której znajduje się najstarsze sanktuarium Maryjne w Polsce, oraz źródło ze święta wodą, w miejscu objawienia. Jako że była niedziela i sklepy pozamykane, a z nieba lał się żar, postanowiłem skorzystać z darmowego płynu, nie z powodu jego świętości, tylko po prostu, by ugasić pragnienie, mając nadzieję, że nic mi po niej nie będzie haha.

Jezioro Trzebońskie


Sanktuarium w Górce Klasztornej

Po 15 kilometrach dojechałem do...Bagdadu, gdzie znajdował się pałac, ale nie żadnego władcy irackiego, tylko polskiego arystokraty. Po nazwach miejscowość, w jakich bywałem, można by wysnuć wniosek, że podróżowałem po całej Europie i nie tylko.



Kilka minut później dojechałem do Dąbek. To tu na okolicznych polach roku Pańskiego 1431 rozegrała się bitwa, w której miejscowi chłopi rozgromili najeźdźców krzyżackich.


Dąbki - to tutaj chłopi rozgromili Krzyżaków

Największą atrakcją tego dnia, był skansen w Osieku nad Notecią. I znowu trafiłem na imprezę, tym razem folkową, która przyciągnęła tłumy ludzi, utrudniających mi robienie zdjęć w ciasnych wnętrzach chat.


Skansen w Osieku nad Notecią

Gdy tylko wyjechałem z Osieka, będąc oczywiście w szczerym polu, lunął deszcz. Na szczęście po chwili dojechałem do przystanku i tam przeczekałem półgodzinną ulewę, która była zbawienna, bo z 33 stopniowego upału, w ciągu kilku minut temperatura spadła do 21 stopni i w końcu były to optymalne warunki do jazdy, na które czekałem od dawna. W drodze do miasteczka Kcynia, sfotografowałem ładny pałac w Chwaliszewie i dwór obronny w Grocholinie.

Dwór obronny w Grocholinie

Pałac w Chwaliszewie


Rynek w Kcyni

Już myślałem, że tego niedzielnego dnia będę bez obiadu, ale tuż przed wieczorem trafiło się właśnie to miasteczko i tam przekąsiłem co nieco. Na noc zatrzymałem się na jego peryferiach i po raz pierwszy byłem pod obserwacją "Wielkiego Brata", gdyż domek posiadał monitoring.

Dziesiąty dzień, dystans 60 km

Jazdę tego dnia zacząłem od drogi gruntowej i była niezła do czasu. W następnej wiosce kobieta mówi, bym jechał w prawo po płytach, za chwilę gość mówi, bym jechał w lewo polniakiem, a za półtora kilometra będzie asfalt. Ki czort mnie podkusił, że posłuchałem dziadka, a nie kobiety, bo za chwilę go przeklinałem, gdyż zapomniał mi powiedzieć, że droga jest tak piaszczysta, że trudno przejechać, więc znowu przez część odcinka trzeba było prowadzić rower, a z półtora kilometra zrobiły się cztery. Nie wiem dlaczego, ale przeważnie jak pytam o drogę miejscowych, to oni zawsze zaniżają odległość. W południe tego świątecznego dnia dotarłem do Żnina. Bidony były prawie puste, ale stał się cud, tym razem nie za sprawą wypitej świętej wody, tylko kranów zainstalowanych w Rynku, z wodą zdatną do picia. Po napełnieniu bidonu, jej kolor nie sugerował zdatności, ale zapewniono mnie, że będę żył po jej wypiciu. W samym Rynku stoi ciekawa baszta, ale ubiłbym tego, kto wydał decyzję, by obok niej postawić wychodek. I zrób tu człowieku fajne zdjęcie.

Panorama Żnina


Rynek w Żninie

Następnie udałem się nad pierwsze jezioro w mieście, bo jak już zauważyliście, wiele miast leży nad dwoma. Tutaj przeżyłem chwilę grozy, za sprawą drona. Kiedy wzleciałem nad jezioro, trochę wiało i dostałem komunikat, że śmigła za szybko się obracają i trzeba jak najszybciej lądować.Po dokładnych oględzinach, okazało się, że dwa z nich są pęknięte. Nie wiem, czy uszkodził je wiatr, czy już wcześniej były uszkodzone. Na szczęście wziąłem zapasowe ze sobą, bo miałbym już latanie z głowy. Po zrobieniu zdjęć Małego Jeziora, udałem się nad Duże. Obok niego znajduje się ciekawy obiekt, dawna cukrownia, zaadaptowana na centrum konferencyjno-wypoczynkowe.


Cukrownia w Żninie zaadaptowana na centrum wypoczynkowe

Nowoczesność miesza się w tym wielkim kompleksie z industrialnym klimatem, co robi niesamowite wrażenie. Do dyspozycji gości jest ponad 300 pokoi, a dawny magazyn, obecnie sala konferencyjno-bankietowa, może pomieścić aż 3 tys. osób. Po kilku kilometrach dotarłem do... Wenecji, ale zamiast gondoli, obejrzałem ciekawe Muzeum Kolei Wąskotorowej...


Muzeum Kolei Wąskotorowej w Wenecji

...i na tym samym bilecie ruiny zamku obok, z replikami machin oblężniczych.


Skansen machin oblężniczych w Wenecji

Ale dopiero kolejne miejsce należało do jednego z najważniejszych celów mojej wyprawy, a był to słynny piastowski gród w Biskupinie. Odkąd usłyszałem o nim na lekcji historii, to zawsze chciałem je zobaczyć i byłem tego bliski w 2005 roku, kiedy na pierwszej swojej wyprawie po Wielkopolsce, dojechałem do Gniezna i nie wiem, dlaczego tutaj wtedy nie zawitałem, choć miałem 40 kilometrów... To znaczy wiem, wtedy byłem zafiksowany głównie na zwiedzanie zamków i pałaców.

I tutaj również tego dnia była impreza z różnego rodzaju pokazami dawnych rzemiosł, które skończyły się zaledwie chwilę wcześniej, ale kilka osób zdążyło mi jeszcze zapozować do zdjęć. Wcześniej myślałem, że osada to tylko słynna brama i dwie zrekonstruowane chaty na półwyspie, ale jest tu więcej do zobaczenia min: wioska wczesnopiastowska, osada neolityczna, chaty wybudowane na potrzeby filmu "Stara baśń", oraz okazały pawilon z setkami wykopalisk.

Gród w Biskupinie

Pokazy w Biskupinie


Wioska wczesnopiastowska w Biskupinie

Kiedy będąc na półwyspie wzbiłem drona w górę, nagle zaczęło padać. Pierwszy raz tak mnie pogoda zaskoczyła, bo jeszcze chwilę wcześniej świeciło słońce. W tym momencie mój dron był nad jeziorem i obawiałem się, czy zdążę wylądować, zanim deszcz go zaleje i wpadnie w otchłań jeziora. Na szczęście się udało. Tego dnia na nocleg zatrzymałem się w miejscowości Rogowo, nad jeziorem o takiej samej nazwie.


Panorama Rogowa

Po całkiem sporym Rynku widać, że kiedyś to było miasto. Pani bez problemu się zgodziła, nie czekając na zapewnienie, że jej nie zamorduję hehe. Mało tego, zaprosiła mnie na kawę, proponując także prysznic, po kilku minutach żałując, że z niego skorzystałem, bo ja to zawsze mam jakieś przygody. Kiedy zakręcałem wodę, ułamał się kurek. Cóż teraz począć? Powiedzieć, czy udać głupa, że nic się nie stało? Ta druga opcja jednak odpadła, bo co będzie, jak kobieta przed snem zechce wziąć prysznic? Wtedy wpadnę, jak śliwka w kompot. Przypomniałem sobie, że kilka dni temu kupiłem super glue, więc pod pretekstem wzięcia koszulki do prania, poszedłem do namiotu po tubkę wybawienia. Na szczęście udało mi się kurek skleić, więc może się nie zorientowała haha. Ale to nie wszytko. Kiedy robiłem pranko, był problem ze spuszczeniem wody. Na szczęście to już nie była moja wina, tylko okazało się, że mechanizm już wcześniej fiksował i pani domu musiała sama przyjść go odblokować.

ciąg dalszy nastąpi...


Komentarze

Ten wpis nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj Komentarz

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.