Chojnow.pl
Nasza strona korzysta z plików Cookie. Czytaj więcej.
facebook twitter nk
Logowanie Rejestracja
  • Polish
  • English

Rowerem szlakiem Odry i Bałtyku. Wyprawa chojnowskiego cyklisty (cz. 2)

Autor Rafał Wyciszkiewicz
Data utworzenia: 20 wrzesień 2018, 12:27 Wszystkich komentarzy: 0


Rowerem szlakiem Odry i Bałtyku. Wyprawa chojnowskiego cyklisty (cz. 2)

wiPasją chojnowianina Rafała Wyciszkiewicza są nie tylko muzyka i fotografika, ale i podróże rowerowe, którymi zaraził się kilkanaście lat temu. Po ukończonej niedawno 11 dniowej wyprawie pozostał mu niewielki odcinek, by zatoczyć koło wokół Polski. Ma to zamiar uczynić w przyszłym roku. A jak przebiegała jego tegoroczna przygoda niech opowie sam.

Przedstawiamy drugą część relacji z rowerowej wyprawy szlakiem Odry i Bałtyku.

Zobacz część 1

...Siódmego dnia przejechałem przez miasteczko Usedom, gdzie sfotografowałem kościół i zabytkową bramę. Jedynie na tym odcinku w Niemczech jechałem drogą, gdzie panował straszliwy ruch pojazdów. Była to główna drogą na wyspę Uznam, więc nie ma się co dziwić. Na szczęście po 4 km skręciłem w boczną. O godzinie 13 po 25 latach dotarłem nad Bałtyk w miejscowości Bansin.

Bansin

Ta miejscowość i dwie obok są połączone ze sobą wspaniałą ścieżką rowerową.

Heringsdorf

Początkowo nie miałem ich w planie, tym bardziej, że zamierzałem jechać polską stroną. Wiedziałem jak wygląda molo w Ahlbeck, ale jak zobaczyłem na zdjęciach zabytkowe wille, to stwierdziłem, że muszę tam być. I przyznaję, że zakochałem się w tym miejscu. Piękne, secesyjne wille, dużo zieleni, zabytkowy zegar, ładne molo, większy spokój niż u nas, zero parawanów a zamiast nich stylowe kosze, dodają temu miejscu niesamowitego klimatu. Nic dziwnego, że wypoczywał tutaj wielokrotnie cesarz Niemiec. Tylu rowerzystów, ilu tam spotkałem, to w życiu jeszcze nie widziałem w jednym miejscu, dosłownie ciasno było na ścieżce.


Ahlbeck

A piękna ścieżka rowerowa prowadzi aż do Świnoujścia, które niestety mnie rozczarowało, po tym co widziałem chwilę wcześniej.

Promenada w Świnoujściu

Latarnia morska

Tutaj raczej stylowej zabudowy nie zobaczymy. Ciężko było się przecisnąć rowerem przez promenadę. Zajechałem na molo, po czym udałem się do Fortu Zachodniego, gdzie spędziłem dwie godziny, gdyż było co tam oglądać.

Po wyjściu zrobił się wieczór a do zwiedzenia miałem jeszcze jeden fort, więc stwierdziłem, że zostaję tu na noc. Rozbiłem się na jedynym polu namiotowym w mieście. Ceny moim zdaniem są bardzo wysokie, gdyż kosztowało mnie ono 30 zł. a musiałem dodatkowo spać z rowerem, bo nawet nie można było go przechować. Gdyby to nie było miasto, to na pewno bym wybrał nocleg na dziko lub u ludzi.

Następnego dnia zwiedziłem Fort Gerharda, gdzie również spędziłem 2 godziny. Przy wejściu otrzymujemy przepustkę


Zwiedzanie fortu ma formę przyspieszonego przeszkolenia wojskowego. Turyści zwiedzają fortecę pod opieką „podłego” umundurowanego pruskiego żołnierza, który krzyczy i ochrzania ludzi. Oczywiście wszystko w formie żartobliwej. W czasie zwiedzania turyści poznają historię zabytku, przechodząc jednocześnie kilka prób, które sprawdzą czy kandydat nadaje się do wojskowej służby. Na koniec zostają oni pasowani na żołnierzy. Bardzo fajna forma zwiedzania. W Podziemnym Mieście jest podobnie. Fort znajduje się po drugiej stronie rzeki, więc trzeba przeprawić się tam promem.



Współczuję mieszkańcom, choć oni i turyści pieszo- rowerowi korzystają z innego promu i idzie to sprawniej, ale turyści w samochodach czekają nawet 2 godziny w kolejce. Na szczęście w planie jest wreszcie budowa tunelu pod rzeką. Z tego powodu sporo Polaków jeździ przez Niemcy tą drogą, którą ja jechałem. Po zwiedzeniu fortu, udałem się kilka km dalej do niesamowitego miejsca. W lesie blisko morza znajduje się tzw. Podziemne Miasto. Jest to sieć podziemnych korytarzy łączących kilka schronów. W czasie II wojny światowej stały tu potężne działa, które miały bronić bazę Kriegsmarine w Świnoujściu. Po wojnie kompleks przebudowano a schrony połączono kilometrem podziemnych korytarzy. To stąd polscy generałowie mieli dowodzić lądowaniem jednostek Ludowego Wojska Polskiego w Skandynawii!. Kilkukrotnie wizytował to miejsce gen. Jaruzelski. Jeszcze kilka lat temu, było pilnie strzeżoną tajemnicą, o której wiedziało jedynie kilka osób w kraju. Miało zostać zburzone, ale koszty okazały się zbyt duże, ku uciesze turystów. Schron zachowany jest w idealnym stanie. Miejsce godne polecenia. Realizował tutaj swój program kultowy popularyzator historii Bogusław Wołoszański.


Następnie obrałem kierunek na Międzyzdroje, w których również byłem po raz pierwszy. Tutaj zjadłem rybkę z dodatkami za jedyne 23 zł. przejechałem przez molo i Aleję Gwiazd, po czym udałem się w kierunku Wisełki.

Jako że zapadała noc a przede mną znowu perspektywa lasu, postanowiłem poszukać tu miejsca na nocleg. Nie szukałem długo, bo tuż po wyjeździe z lasu zobaczyłem wczasowiczów obok kościoła. Ksiądz chętnie mnie przyjął. Tym samym ja ateista spędziłem noc obok śpiewającej przy ognisku oazowe piosenki młodzieży. Tego jeszcze nie było haha.

Dziewiątego dnia przejechałem przez Międzywodzie, Dziwnów, Pobierowo, Trzęsacz, Rewal, Niechorze, w którym wdrapałem się na latarnię. W tych ostatnich miejscowościach byłem podczas swojego ostatniego pieszego pobytu nad Bałtykiem 25 lat temu. Myślałem, że ja mam kiepską kondycję, ale jak zobaczyłem tych wszystkich ludzi ledwo dychających po wejściu na górę, to stwierdziłem, że ze mną nie jest tak źle, a Polacy mają tragiczną kondycję. Dlatego większość wybiera leżenie plackiem na plaży zamiast gór hehe.

Aleja Gwiazd Sportu w Dziwnowie

Kuter na plaży w Rewalu


Plac Wielorybów w Rewalu

Latarnia w Niechorzu

Plac Foki w Niechorzu


Widok z latarni w Niechorzu

Ruiny Kościoła w Trzęsaczu


Plaża w Trzęsaczu


W jednej z tych miejscowości zaczepił mnie wczasowicz, z którym zamieniłem kilka słów. Powiedział, że jak widzi sakwiarzy to wzbudzają w nim podziw i sentyment, gdyż sam kiedyś jeździł na wyprawy. Miłe są takie sytuacje. A tymczasem znowu wieczór mnie zastaje, kiedy jestem pośród lasu, więc aby znowu nie ryzykować spotkania z dziką świnią, tym razem w lesie, rozbiłem się na polu namiotowym w Pogorzelicy. Tutaj sympatyczna pani recepcjonistka sama zaproponowała mi zniżkę, przez co nocleg kosztował mnie jedynie 21 zł.

Dziesiątego dnia z Pogorzelicy do Mrzeżyna jechałem wspaniałym, leśnym, piętnastokilometrowym szlakiem przez las. Jeśli ktoś szuka plaży bez tłumów to tu ją znajdzie.


W pobliskim Rogowie zwiedziłem Muzeum Lotnictwa, znajdujące się w poradzieckim hangarze lotniczym. Można tu zobaczyć samoloty i pojazdy wojskowe, także te z wojny w Wietnamie.

Ale najbardziej poruszająca jest historia i fragmenty rzeczy z rozbitego w czasie wojny niemieckiego samolotu. Na jego pokładzie było 70 dzieci niemieckich, które ewakuowano z miasta. Niestety nad okolicznym jeziorem Resko samolot uległ katastrofie i spoczywa na jego dnie. Przy jeziorze stoi pomnik ku pamięci tego wydarzenia.



O godz. 16 dotarłem do celu wyprawy czyli Kołobrzegu. Tutaj w błyskawicznym tempie, bo zbliżała się godzina zamknięcia, zwiedziłem Muzeum Oręża Polskiego. I muszę powiedzieć, że byłem oszołomiony ilością eksponatów. Można obejrzeć w nim cały przekrój naszej historii od okresu średniowiecza do współczesności. Znajduje się tu broń drzewcowa, sieczna, kolna, obuchowa i strzelecka, uzbrojenie ochronne, olbrzymia kolekcja ubiorów wojskowych, odznaczenia a także maszyna szyfrująca „Enigma”. Niezwykle przejmujące są fragmenty samolotu wojskowego Casa, który rozbił się 10 lat temu z całą elitą oficerów na pokładzie. Na zewnątrz można natomiast obejrzeć armaty, samoloty, czołgi oraz pojazdy wojskowe. Żałuję, że miałem tak mało czasu na zwiedzanie. Bardzo polecam to muzeum, które jest największe po warszawskim, jeśli chodzi o tą tematykę. Tutaj także realizował program wspomniany B. Wołoszański.

Po wyjściu z muzeum zapadał zmrok i dylemat, co dalej? Wsiadać w pociąg o 20, czy zostać do jutra, gdyż jeszcze miałem zamiar zwiedzić co nieco w mieście. Postanowiłem zostać, bo żal mi było już wracać, przedłużając wyprawę o te kilkanaście godzin. Więc znowu zmuszony byłem rozbić się na polu namiotowym. Udało mi się wynegocjować cenę 21 zł. zamiast 32 zł. Po zakwaterowaniu się pojechałem na promenadę coś zjeść. Ciężko było nią przejechać , taki ruch panuje tam wieczorem. Kolację stanowiła zapiekanka za jedyne 12 zł. Ech te nadmorskie ceny. Na pole wróciłem już po zmroku. Jest ogromne i ma wysoką kategorię, ale położone w fatalnym miejscu, tuż przy linii kolejowej, więc cicho nie było.

Rano ponownie przejechałem promenadę, która ma chyba z 2 km, gdyż trzeba było utrwalić ją na filmie, po czym wjechałem na molo.


W tym miejscu przyszedł ten smutny moment zakończenia 11 dniowej pięknej przygody i o godz. 15 odjechałem do Szczecina Dąbia. Tam przesiadłem się do IC i o 23 byłem we Wrocławiu. Tutaj miałem czekać 5 godzin na pociąg do Chojnowa, ale po raz kolejny dopisało mi szczęście. Okazało się, że za chwilę wjedzie opóźniony pociąg do Legnicy. Więc szybko do windy I przesiadka na inny peron. Zdążyłem w ostatniej chwili a wystarczyła minuta opóźnienia mojego pociągu, bym kwitł na dworcu do rana. Tym sposobem godzinę później byłem w Legnicy. Wsiadłem na rower i o drugiej w nocy dotarłem szczęśliwie do Chojnowa, przejeżdżając wcześniej przez Miłkowice, skąd ruszałem na wyprawę. Tym samym zataczając koło.


Nawet Księżyc się do mnie uśmiechał, będąc wtedy w pełni, oświetlając mi dodatkowo drogę. Pierwszy raz jechałem o tak późnej porze I muszę powiedzieć, że nawet fajnie się jechało, przynajmniej słońce nie grzało hehe. Pokonując ostatni odcinek, na mojej twarzy rysował się uśmiech, że znowu tak gładko, bez żadnych problemów udała się wyprawa. Przez te 10 dni, nie licząc powrotu koleją, przejechałem 800km. Nie zaliczyłem żadnej awarii roweru, choć raz się wystraszyłem, kiedy przerzutka zaczęła przeskakiwać przy każdym obrocie. Okazało się, że na tylną zębatkę nawinęły się badyle. Praktycznie od kilku sezonów ani przed, ani po wyprawie mój rower nie wymaga żadnych regulacji, taki mam super sprzęt hehe.

Nie uwierzycie, ale tylko raz przebiłem dętkę podczas tych wszystkich wypraw po Polsce. Och przepraszam, po przyjeździe zauważyłem pękniętą po raz pierwszy szprychę. Nie dopadały mnie także żadne dolegliwości i gdyby nie te upały, byłoby wprost idealnie. Choć z drugiej strony ani razu nie padał deszcz poza chwilową mżawką jednego dnia. Ale ciężko trafić w idealną pogodę, bo w ub.roku było wręcz odwrotnie a temperatury nie przekraczały 20 stopni, choć do jazdy są to lepsze warunki niż upały. Połowę budżetu wydałem chyba na wodę hehe.

Dziewięć razy przekraczałem granicę. Po raz pierwszy aż tyle razy spałem na dziko, w sumie 5. Zrobiłem 2 tys.zdjęć. Również pierwszy raz tak dokładnie rejestrowałem wyprawę na filmie. Super sprawdził się w tym przypadku gimbal do smartfona, przez co filmowanie nawet podczas jazdy jest bardzo płynne. W czasach kiedy zdjęcia z telefonów mają dobrą jakość, zrezygnowałem od ub.roku na wyprawach z nieporęcznej i ciężkiej lustrzanki, którą za każdym razem trzeba było wyciągać z sakwy, tracąc na to sporo czasu. Jeszcze na chwilę wrócę do dróg, bo jestem naprawdę pod ich wrażeniem. Po Niemczech w 90% poruszałem się świetnymi ścieżkami rowerowymi, u nas było gorzej, ale cieszy, że sporo ich nad morzem już powstało i ciągle są rozbudowywane. Szlak, którym się poruszałem wzdłuż Odry jest bardzo popularny i mijałem dziesiątki sakwiarzy. Zdarzało się, że z tymi samymi rowerzystami spotykałem się następnego dnia, gdyż większość zmierzała nad morze. Natomiast jadąc polskim Wybrzeżem spotkałem tylko parę sakwiarzy, którzy okazali się Niemcami.

Za rok chciałbym przejechać Wybrzeżem z Kołobrzegu do granicy z Rosją w Piaskach za Krynicą Morską, czym zamknąłbym koło wokół kraju. Gdyby nie to, że za dwa dni miałem fotografować na prośbę organizatorów rajd i zlot samochodów w Chojnowie, to być może i ten cel osiągnąłbym już teraz, bo szło mi znakomicie i żadnego zmęczenia nie czułem. Choć po przyjeździe pogoda zaczęła się psuć, zresztą nie pierwszy raz tak się zdarza. Jednym słowem znowu mi się poszczęściło i jestem bardzo zadowolony, że mimo kompletnego braku przygotowania kondycyjnego, tak łatwo dałem radę. Tym samym chcę dać przykład innym i zachęcić do takich podróży, gdyż jest to najtańsza forma spędzania wakacji i jak widać na moim przykładzie, bardziej od przygotowania kondycyjnego liczy się samozaparcie i chęci zrealizowania założonego celu. Dziewczyna poproszona o zrobienie mi zdjęcia, kiedy usłyszała, że jestem dziesiąty dzień w podróży, nie dowierzając spytała czy mi się tak chce? Odpowiedziałem, że bardzo, bo uwielbiam podróże i zwiedzanie nowych miejsc. Większość ludzi po prostu nie wierzy, że można ot tak po prostu na rowerze podróżować po kraju, pokonując setki kilometrów. I tymi słowami zakończę relację, dziękując za uwagę wszystkim, którzy dotrwali do końca, jednocześnie zapraszając do obejrzenia zdjęć w linkach oraz filmów.

Prawdopodobnie pod koniec października w Bibliotece Miejskiej odbędzie się spotkanie na, którym zaprezentuję swoje dotychczasowe wyprawy, więc już teraz serdecznie zapraszam.

Rafał Wyciszkiewicz

Mapka z dotychczas przejechanymi trasami

większa porcja zdjęć



Komentarze

Ten wpis nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj Komentarz

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.