Chojnow.pl
Nasza strona korzysta z plików Cookie. Czytaj więcej.
facebook twitter nk
Logowanie Rejestracja
  • Polish
  • English

Rowerem szlakiem Odry i Bałtyku. Wyprawa chojnowskiego cyklisty (cz. 1)

Autor Rafał Wyciszkiewicz
Data utworzenia: 19 wrzesień 2018, 14:27 Wszystkich komentarzy: 2


Rowerem szlakiem Odry i Bałtyku. Wyprawa chojnowskiego cyklisty (cz. 1)

Pasją chojnowianina Rafała Wyciszkiewicza są nie tylko muzyka i fotografika, ale i podróże rowerowe, którymi zaraził się kilkanaście lat temu. Po ukończonej niedawno 11 dniowej wyprawie pozostał mu niewielki odcinek, by zatoczyć koło wokół Polski. Ma to zamiar uczynić w przyszłym roku. A jak przebiegała jego tegoroczna przygoda niech opowie sam.

Tak jak i w roku ubiegłym moje przygotowania do wyprawy trwały zaledwie tydzień. Przejechałem przed nią zaledwie 120 km, czyli praktycznie nic. Ale skoro tyle samo wystarczyło mi w ub.roku, by dać radę w górach, to teraz tym bardziej powinno wystarczyć. Jednak największe obawy miałem związane z kolanem, które rok temu po 3 dniach mi spuchło, powodując duży ból przy każdym naciśnięciu na pedały. Zapewne przyczyną było właśnie zbyt duże nagłe obciążenie. Teraz jechałem na lżejszych przełożeniach i po płaskim terenie, więc na szczęście uniknąłem tego problemu. Podróż rozpocząłem pociągiem do Miłkowic, a następnie do Żar, gdzie dojechałem w ub.roku, podróżując po Sudetach i wzdłuż Nysy Łużyckiej.

Tego dnia z nieba również lał się straszliwy żar. Licznik wskazywał ponad 40 stopni i był to najbardziej piekielny dzień podczas wyprawy. Wodą nie szło ugasić pragnienia, gdyż po minucie znów chciało się pić a wypiłem tego dnia ponad 4 litry. Tak więc z Żar już na rowerze ruszyłem w stronę Gubina, zwiedzając w Brodach ładny zespół pałacowy


Chwilę później zaliczyłem pierwszy i jak się okaże jedyny upadek. Chcąc uniknąć jazdy po fatalnej kostce, którą były wyłożone drogi w wioskach, zjechałem na piaszczyste pobocze, wpadając w poślizg. Na szczęście nic mi się nie stało a buty prawidłowo wypięły się z pedałów.


Z Żar do Gubina na odcinku 70 km trafiłem tylko na 3 sklepy, przez co był problem z wodą. Czasem wręcz trzeba było prosić o nią ludzi, których I tak ciężko było spotkać w tym upale na dworze. Ale w Niemczech to dopiero pustynia pod tym względem. Przejeżdżając czasem przez dwukilometrową wieś, nie spotkałem po drodze żywej duszy. W Gubinie zwiedziłem basztę i ruiny kościoła, po czym przekroczyłem granicę do niemieckiej części miasta.

Odtąd będę podążał głównie niemiecką stroną Odry, gdyż Niemcy tam po prostu mają rewelacyjny szlak rowerowy o czym jeszcze wspomnę. W mieście tym przejechałem obok kontrowersyjnego muzeum, o którym było głośno w Polsce, gdyż początkowo miało powstać u nas, ale pod wpływem protestów wycofano się z tych planów. A tym muzeum jest Plastinarium, gdzie oglądać można spreparowane ludzkie zwłoki.


Na pierwszy nocleg zatrzymałem się gdzieś w polu za Guben. Będąc w Niemczech nie pytałem nawet ludzi o nocleg, bo po pierwsze bariera językowa a po drugie Niemcy nie są pod tym względem tak otwarci jak Polacy. Tego piekielnego dnia zrobiłem 97 km.

Drugiego dnia po kilku kilometrach dojechałem do Neuzelle. Znajduje się tutaj przepiękny klasztor.

Następnie przejechałem przez typowo socrealistyczne miasto Eisenhüttenstadt, w którym nie było niczego ciekawego do fotografowania. W przeciwieństwie do kolejnego, jakim był Frankfurt o czym świadczy fakt, że spędziłem tu aż 3 godziny. W czasie, kiedy w Polsce trwa niszczenie pomników radzieckich, tam w centralnym miejscu stoi pomnik poświęcony Armii Radzieckiej i nikomu to nie przeszkadza. A warto dodać, że miasto zostało kompletnie zniszczone przez sowietów.

Centrum handlowe we Frankfurcie

Kościół we Frankfurcie

Panorama Frankfurtu ze Słubic

Ratusz we Frankfurcie

Do polskiej części miasta, czyli Słubic zajechałem tylko na obiad. Niestety po ustaleniu powojennych granic Polski, przypadła nam najmniej ciekawa część miasta, tak jak w przypadku Zgorzelca i Gorlitz.

Trzeciego dnia po kilku kilometrach dotarłem do festiwalowego Kostrzyna żałując, że nie znalazłem się tutaj 11 dni wcześniej podczas Woodstocku. Tuż za granicznym mostem znajduje się potężna twierdza z kilkoma bastionami, ruiny zamku i kościoła.

Spytałem gościa, gdzie można kupić pieczywo, a ten popatrzył na mnie dziwnie z lekkim uśmiechem mówiąc, że dziś święto i sklepy pozamykane. Ja zaskoczony pytam jakie święto? A ten, że Wojska Polskiego i kościelne.Na szczęście chleb kupiłem na stacji paliw. Będąc na wyprawie człowiek nie myśli o takich sprawach jak święta hehe. W pewnym momencie gościu “zapytuje”, czy zmierzam do Świnoujścia? Ja zdziwiony pytam, skąd wie? A ten, że nocują często u niego sakwiarze i wszyscy tam zmierzają hehe. Kontynuowałem jazdę wzdłuż Odry i tu warto powiedzieć, że szlak rowerowy po stronie niemieckiej jest przepiękny. Wyobraźcie sobie, że wyasfaltowana ścieżka prowadzi wałem rzeki. Mało tego, poniżej jest druga także asfaltowa.


Co jakiś czas przy trasie rozmieszczone są wiaty z ławeczkami


a w miejscowościach nadodrzańskich knajpki. A po naszej stronie Odry szkoda gadać. U nas nawet wału przeciwpowodziowego nie ma, więc czy można dziwić się powodziom? W jednej z knajpek zatrzymałem się, by coś przekąsić. Niestety ceny jak na polską kieszeń są wysokie, więc zjadłem jedynie pomidorową za 3,5 euro.


W miejscowości Gross Neuendorf, tuż nad rzeką jest hotel, który mieści się w... dawnym spichlerzu. Z zewnątrz wygląda nieciekawie, ale w środku warunki luksusowe.

Obok stoją stare wagony kolejowe, a wewnątrz kawiarnia i galeria. Niemcy potrafią wszystko przekuć w biznes i zagospodarować. W miejscowości Gozdowice starodawnym promem bocznokołowym przeprawiłem się na polską stronę,


by podążyć historycznym szlakiem, zwiedzając tutaj Muzeum Pamiątek Wojsk Inżynieryjnych.

Pomnik w Gozdowicach

Budynek muzeum podczas forsowania Odry w dniach 4-20 kwietnia 1945 był siedzibą dowódcy sztabu. Tuż za wsią można zobaczyć zrekonstruowany punkt obserwacyjny WP z okresu forsowania Odry.


W następnej miejscowości Stare Łysogórki, znajduje się znany cmentarz wojenny, gdzie spoczywają ciała 2 tys. polskich żołnierzy, poległych w czasie forsowania Odry i w walkach o Berlin. Na historii błędnie uczono nas, że znajduje się on w pobliskich Siekierkach. Pewnie dla łatwiejszego zapamiętania nazwy.

Nie mogło być lepszego dnia, jak święto wojska, by odwiedzić to miejsce. Muszę przyznać, że robi wrażenie te 2 tys.białych krzyży. Chwilę dalej znajduje się kolejne miejsce forsowania Odry


a w pobliskim Osinowie Dolnym pod Cedynią, odbyła się słynna bitwa jaką stoczył tu Mieszko I.


Kiedy odwiedzam tak ważne miejsca, zawsze przechodzi mnie dreszcz, jak pomyślę, że stąpam po ziemi, gdzie miały miejsce ważne historyczne wydarzenia. Ponownie wjechałem do Niemiec i jako że powoli zapadał zmrok, rozbiłem namiot obok ruin budynku pomiędzy Odrą a jej kanałem.


Czwartego dnia przejechałem przez mało ciekawe miasto Schwedt, wcześniej zwiedzając wieżę dawnego zamku w Stolpe,


by po 50 km znowu przekroczyć granicę, wjeżdżając do Gryfina. Jedynymi zabytkami wartymi uwagi są tu kościół i Brama Bańska.


Wyjeżdżając z miasta, spytałem o drogę biegacza, którego...ale o tym później. Po obiedzie w Gryfinie znowu wróciłem na stronę niemiecką, by po chwili kolejny raz wjechać do Polski. Tu po raz pierwszy na nocleg zatrzymałem się u ludzi w granicznym Kołbaskowie.

Piąty dzień upłynął mi głównie na zwiedzaniu Szczecina, w którym byłem po raz pierwszy, nie licząc przejazdów koleją. Jeśli my w Chojnowie narzekamy na stan chodników, to tam dopiero jest dramat. Rowerem praktycznie nie da się nimi jechać, tak są nierówne. Na szczęście na ulicach wydzielono pasy dla rowerzystów. Zwiedzanie tego wielkiego miasta zajęło mi aż 7 godzin, mimo tego zrobiłem w tym dniu 60 km.

Bazylika w Szczecinie

Brama Portowa w Szczecinie

Fontanna Orła Białego w Szczecinie

Pomnik Czynu Polaków w Szczecinie

Pomnik papieża Jana Pawła II na Błoniach w Szczecinie

Pomnik poświęcony ofiarom Grudnia 1970 w Szczecinie

Rynek w Szczecinie

Wały Chrobrego w Szczecinie

Wały Chrobrego w Szczecinie

Zamek w Szczecinie

Po zwiedzeniu miasta miałem wielki dylemat, którędy jechać do Świnoujścia, krótszą, ale bardzo ruchliwą trasą polską, albo dłuższą o 40 km, ale spokojną przez Niemcy. Chłopaki w sklepie rowerowym w Gryfinie, gdzie pojechałem, gdyż zgubiłem wcześniej niepostrzeżenie jeden z bidonów, polecili mi drugi wariant i nie żałuję. Bo mimo, iż w konsekwencji objazd okazał się 60 km dłuższy, to warto było, bo zobaczyłem wiele ciekawych miejsc. Kiedy tak zwiedzałem miasto, ktoś nagle woła, jak tam wyprawa?, patrzę zdezorientowany, nie poznając z daleka. Okazało się, że to ten biegacz z Gryfina. Niesamowite, że można spotkać tą samą osobę drugiego dnia 30 km dalej ot tak na ulicy 400 tys. miasta. Nocleg tego dnia znalazłem w Dobieszczynie, tuż przed niemiecką granicą. I miałem wielkie szczęście, bo robiło się ciemno, wokół sam las a wioska okazała się dwoma domami. W jednym nie było nikogo, a w drugim tylko stróż pilnujący domu. Na szczęście zlitował się i zezwolił mi zatrzymać się na posesji, zapowiadając, że jakby co, to on o niczym nie wie. Po chwili ogarnęła mnie radość, bo nawet nie musiałem rozbijać namiotu, gdyż stał tam inny z.... kanapą w środku. No żyć nie umierać.


Szóstego dnia w południe dotarłem do kurortu Ueckermünde nad Zatoką Szczecińską.


Zdziwił mnie widok sporej grupy krótko ogolonych, wytatuowanych młodzieńców z nagimi torsami. Po chwili zorientowałem się, że niemieccy nacjonaliści urządzili sobie tu wypoczynek. Tuż za plażą wjechałem w piękną aleję, przy której ustawione były drewniane rzeźby.


Chata w Mönkebude


Rynek w Ueckermünde

Po kilku kilometrach dojechałem do kolejnego kurortu w Mönkebude. Po czym wjechałem do nadodrzańskiego rezerwatu. Po 12 kilometrach polnej drogi pośród rozlewisk Odry i śpiewu dziesiątek gatunków ptaków, dotarłem do przeprawy rzecznej w Anklamer Fähre, aby skrócić sobie drogę o 40 km.


Niestety cena 10 euro zwaliła mnie z nóg i zrezygnowałem. Warto powiedzieć, że za podobną przeprawę w Gozdowicach zapłaciłem 3 zł. więc uważam to za zdzierstwo. Ale nie żałuję objazdu, gdyż 10 km dalej zwiedziłem ładne miasteczko Anklam,

Baszta prochowa w niemieckim Anklam

Kamienna Brama w Anklam

Rynek w Anklam

trafiając przy wyjeździe na festyn miejski.


Następnie skierowałem się w stronę mostu na wyspę Uznam. W linii prostej do tej przeprawy promowej jest może ze 3 km, ale żeby dojechać drogą trzeba zrobić ponad 30 km objazd spowodowany tymi rozlewiskami. Prowadzi przez nie ruchliwa droga krajowa oblana wodą z dwóch stron. Robiło się ciemno a tu nawet z tego powodu nie było gdzie rozstawić namiotu. Zobaczyłem budkę obserwacyjną i chciałem tam przenocować, ale przyjechali jacyś miłośnicy przyrody chcący zapewne z niej skorzystać.


Z ciężkim sercem ruszyłem dalej, gdyż nocleg w tak pięknych okolicznościach przyrody, pośród śpiewu setek ptaków i z widokiem na rozlewiska byłby niesamowity.


Po przekroczeniu mostu nie było już czasu, aby jechać dalej, więc zmuszony byłem rozbić namiot w...kukurydzy.


Na drugi dzień kolega mi pisze, że miałem szczęście, iż nie spotkałem się z dzikami, które lubią tam sobie łazić. A myślałem, że to fajne, awaryjne miejsce hehe. Tego dnia zrobiłem 107 km i gdyby nie zapadająca noc, mogłem zrobić jeszcze dużo więcej, gdyż nie było już tak upalnie a i ja nabierałem z każdym dniem większej formy.

Siódmego dnia przejechałem przez miasteczko Usedom, gdzie sfotografowałem kościół i zabytkową bramę.


Jedynie na tym odcinku w Niemczech jechałem drogą, gdzie panował straszliwy ruch pojazdów. Była to główna drogą na wyspę Uznam, więc nie ma się co dziwić. Na szczęście po 4 km skręciłem w boczną. O godzinie 13 po 25 latach dotarłem nad Bałtyk w miejscowości Bansin...

Zobacz część 2


Komentarze

Fajna wyprawa, szacunek. Co do zdjęć ma jedynie małe zastrzeżenia, za dużo fotszopa, chodzi konkretnie o przesadzanie z nasyceniem kolorów i ilością kontrastu. Pozdrawiam Rafała.
zgłoś komentarz
Super wyprawa, foty nieźle uchwyciły krajobraz i architekturę... Gratki ;)
zgłoś komentarz

Dodaj Komentarz

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.