Chojnow.pl
Nasza strona korzysta z plików Cookie. Czytaj więcej.
facebook twitter YT IG
Logowanie Rejestracja
  • Polish
  • English
Praca Lidl Grinch Cuprum Arena

"Walczyłem o swoje marzenia"- wywiad z Adamem Wójcikiem

Autor Miłosz Kołodziej
Data utworzenia: 14 styczeń 2015, 14:04 Wszystkich komentarzy: 0


"Walczyłem o swoje marzenia"- wywiad z Adamem Wójcikiem

Skromny z wielkim dystansem do siebie i swoich osiągnięć, obdarzony dużym poczuciem humoru i naprawdę chcący pomóc - tak odebraliśmy ADAMA WÓJCIKA, legendę polskiej koszykówki- wybitnego reprezentanta Polski, najlepiej punktującego w historii rodzimej ligi, pierwszego Polaka grającego w Eurolidze i pierwszego, który miał szansę na angaż w NBA... W rozmowie dla chojnow.pl Adam Wójcik opowiada o swojej karierze, trenerach, rodzinie i dlaczego kibicuje koszykarce z Chojnowa.

Miłosz Kołodziej, Adrian Wiatrowicz:Panie Adamie, 25 lat spędził Pan na profesjonalnych parkietach. Liczby tego ćwierćwiecza są imponujące. Jest Pan najskuteczniejszym strzelcem z historii rodzimej ligowej koszykówki, zdobywcą ponad 10 tysięcy punktów. Był Pan reprezentantem Polski, z przerwami, przez 20-cia lat. Grał Pan i święcił sukcesy także zagranicą; w Belgii, Grecji, Hiszpanii, Włoszech. Według wielu spokojnie mógłby Pan powielić ''model'' Roberta Parisha i jeszcze trochę pobrylować na polskich parkietach, ku radości kibiców. Nie kusiło, żeby jeszcze trochę pograć?

Adam Wójcik: Kusiło i szczerze powiem, że nadal kusi, ale grałem na tyle długo, żeby zauważyć, że wystarczy (śmiech). Mógłbym kontynuować granie ale zdawałem sobie sprawę, że nie byłyby to występy na poziomie mnie satysfakcjonującym. Niestety metryka nie kłamie, a ograniczenia związane z wiekiem i kontuzje są dla każdego sportowca największą przeszkodą w kontynuacji kariery

Był Pan uczestnikiem ''epokowych zmian'' w polskiej i europejskiej koszykówce. Czytając Pańską biografię Rzut bardzo osobisty uderza okrutna dysproporcja w tym jak hartował się Pański talent w latach 80-tych i jak ''komfortowo'' i harmonijnie i w jakże odmiennych warunkach trenował Pan ledwie parę lat później. Na ile te ciężki początki wyzwalały w Panu jeszcze większą determinację do cięższej pracy, do osiągnięcia sukcesu?

Początki mojej przygody z koszykówką nie były łatwe, głównie przez to, że pochodzę z normalnej, skromnie żyjącej rodziny z Oławy. Niby niedaleko Wrocławia, gdzie dojeżdżałem na pierwsze profesjonalne treningi, ale jeśli jeździ się pociągiem lub autobusem i to każdego dnia, robi się trudno. Po przeprowadzce do internatu we Wrocławiu, pod tym względem było lepiej, ale miałem tylko 15 lat i musiałem radzić sobie samemu z codziennymi sprawami, a na to nie byłem jeszcze gotowy. Do tego były to czasy, w których nie mieliśmy prawie nic, trenowaliśmy na okrągło w jednym komplecie sprzętu i w szmacianych tenisówkach, a jednym z ważniejszych potrzeb było mydełko Fa (śmiech). Ja bardzo chciałem grać, zostać profesjonalnym sportowcem, nie myślałem o tym, że mam ciężki start, bo prawie wszyscy koledzy, z którymi zaczynałem treningi mieli podobne warunki. Po prostu walczyłem o swoje marzenia.

Był Pan pierwszym koszykarzem z Polski, który grał w Eurolidze, ale przecież pojawiła się przez chwilę możliwość Pańskiej gry w NBA. Jak to było z Clippersami? Co dał Panu tamten czas, oprócz często wspominanych, podobno bardzo wygodnych, NBA-owskich skarpet?

W tamtych czasach, a były to początki lat 90-tych, NBA było ligą dla graczy amerykańskich, europejczyków było tam kilku. Sam fakt, że ktoś chciał się mi przyjrzeć z bliska był naprawdę nobilitujący. Sam wyjazd i okoliczności wyjazdu były jednak tak szalone, że korzyści z tego było niewiele, poza skarpetkami (śmiech). O wyjeździe dowiedziałem się dosłownie w ostatniej chwili ( a przecież ktoś mnie zaprosił, zadbał o wizę itd), próbowano zmusić mnie do podpisania długoterminowego kontraktu z klubem jako warunek wyjazdu, jeden wielki cyrk. Nie było telefonów, nawet stacjonarnych (ja w domu nie miałem), internetu, maili itd. Ostatecznie pozwolono mi wyjechać, na 4 dni i zanim się zaaklimatyzowałem do różnicy czasowej i zacząłem dobrze się czuć na treningach, było po wszystkim.

W zgodnej opinii wielu specjalistów, min. Pańskiego trenera z klubu i kadry Muliego Katzurina, czy Marcina Gortata, który otwarcie przyznaje, że jest Pańskim fanem, dzisiaj spokojnie poradziłby Pan sobie w NBA. Wielokrotnie grał Pan przeciwko zawodnikom z przeszłością lub przyszłością w najlepszej lidze świata, od wielu przeciwników okazywał się Pan lepszym koszykarzem. Nigdy Pan sobie nie powiedział – eh, urodziłem się za wcześnie?

Nie, nigdy. Nie lubię gdybać i zastanawiać się nad tym co mogło być. Ja naprawdę jestem zadowolony z tego co udało mi się osiągnąć, wiem jaki był mój poziom sportowy i etos pracy. W sporcie zespołowym trzeba, oprócz pracy i talentu mieć ogromnie dużo szczęścia aby trafić w odpowiednim momencie na odpowiednich ludzi- kolegów w zespole, trenerów, działaczy. W moim przypadku, nie mogę narzekać na jego brak, choć oczywiście nie wszystkie wybory okazywały się dla mnie dobre, to bilans mam dodatni.

Skoro już przywołaliśmy utytułowanego izraelskiego szkoleniowca, chciałem zapytać Pana właśnie o trenerów, których w karierze miał Pan pond 20-tu. Proszę krótko wspomnieć o tych, którym zawdzięcza Pan najwięcej?

Krzysztof Walonis, trener Gwardi Wrocław, który wypatrzył mnie na zawodach szkolnych, choć nie miałem wzrostu, techniki, ani siły jak rówieśnicy i przez lata wierzył, że będę zawodowcem, Tom Boot, Holender, trener z klubu w Ostendzie, za to, że nauczył mnie gry obronnej i pomógł poprawić technikę indywidualną, Andriej Urlep, za sukcesy ze Śląskiem Wrocław, Muli Katzurin, za to, że potrafił z poczuciem humoru wyciskać z zawodników maksimum umiejętności, wielki Coach. Eugeniusz Kijewski, za sukcesy z Prokome

We wspomnianej już Pańskiej biografii znające Pana osoby mówią o tym, że Pańska długa owocna kariera to kombinacja wielkiego talentu, ciężkiej pracy, ale także... harmonijnego życia rodzinnego. Pana żona Krystyna, przez wiele lat była Pańskim managerem i wielkim wsparciem. Teraz to już tworzycie wręcz ''Team Wójcik'', Państwa synom przepowiada się wielką koszykarską przyszłość. Biorąc pod uwagę lata doświadczeń, sportowych i ''biznesowych'', związanych z Pana karierą, na co zwracacie szczególną uwagę, czego staracie się unikać, aby ich talenty mogły się należycie rozwinąć ?

Tak, miałem szczęście dobrze wybrać w młodym wieku i żona była ogromnym wsparciem w mojej karierze sportowej. Udane życie rodzinne, spokój w domu to ogromny atut w życiu każdego, także sportowca.Nasze dzieci uprawiają sport, w różnej postaci od malucha, a koszykówkę od 6 lat. Wcześniej spróbowali wielu dyscyplin, były to m.in. pływanie, tenis, piłka nożna, narciarstwo, judo. Ale to koszykówkę pokochali i teraz to już mają swoje sportowe marzenia, a my rodzice staramy się ich wspierać najlepiej jak potrafimy. Zwracamy bardzo dużą uwagę na jakość treningu, bo dla nastolatka, ciągle rosnącego i nie w pełni dojrzałego, jakość treningu jest szalenie istotna. Eliminacja złych nawyków jest trudniejsza niż nauka, więc nie pozwalamy na zły trening i dbamy o ich harmonijny rozwój psycho-fizyczny. Niczego nie staramy się przyśpieszać ani forsować, nie zależy nam na tym, aby już teraz byli najlepsi, dajemy im czas i pilnujemy…

Jest Pan Ambasadorem akcji Gramy dla Joanny, której celem jest pomoc, chorującej na cukrzycę, mieszkance Chojnowa Joannie Plizdze. Rozumiem, że mimo napiętego grafiku możemy liczyć, że przy okazji tego wydarzenia chojnowianie będą mieli okazję spotkać Pana w naszym mieście?

Zaproszenie do ambasadorowania Państwa przedsięwzięciu, czyli pomocy Joannie jest dla mnie zaszczytem. Dopinguję Joannie w walce z chorobą i jeśli moja obecność pomoże w zainteresowaniu możliwie dużej ilości osób jej problemem, to oczywiście stawię się niezawodnie!


Komentarze

Ten wpis nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj Komentarz

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.