Chojnow.pl
Nasza strona korzysta z plików Cookie. Czytaj więcej.
facebook twitter YT IG
Logowanie Rejestracja
  • Polish
  • English
Praca Lidl Grinch Cuprum Arena

Na grzbiecie Karkonoszy – część 7

Autor Jerzy Kucharski
Data utworzenia: 07 styczeń 2014, 15:38 Wszystkich komentarzy: 0


Na grzbiecie Karkonoszy – część 7

Gdzie jesteśmy? My są tukej, kaj my są. Chyba coś namieszałem. No tak, ale gdzieś jesteśmy. Za nami Śnieżka. Przed nami długie drągi ustawione jak w rozbieranym tipi. Ogólnie rzecz biorąc, to jest płasko. Niebieski odbija od czerwonego. Przecież tu już byliśmy!

Byliśmy. Jesteśmy ponownie przy Spalonej Strażnicy. Nie widać jej? Bo się spaliła. W Karkonoszach wiele rzeczy się paliło i spaliło. Będziemy przechodzić koło takiego miejsca osnutego mgłą tajemniczego pożaru.

Gdzie dzisiaj? Zapraszam na wędrówkę pod Słonecznik nad krawędzią polodowcowych kotłów. Przy Słoneczniku skręcimy w kierunku Pielgrzymów. Stamtąd już blisko na Starą Polanę i drogą Bronka Czecha zejdziemy do Białego Jaru. Dodam tylko, że w tym odcinku tam nie dotrzemy.

Skąd ten pomysł? Szlak nad krawędzią kotłów jest malowniczy wówczas, gdy jest piękna pogoda i dobra widoczność. Poza tym to kolejny wariant w naszej wędrówce. Gdzie nam się spieszy? Przy pięknej pogodzie czuć tu przestrzeń. Co to takiego? Otoczenie nas wchłania. Niemalże wszystko pod nami i przed nami. Uwaga! Jak ktoś ma lęk wysokości, to niech się chwyci barierki. To coś jest tak zaskakujące, że naprawdę można odnieść wrażenie, że coś nas wciąga lub wchłania.

Zimą ten odcinek czerwonego szlaku jest zamknięty. Zimą! Ta śnieżna przyjdzie w marcu, a mamy jesienny styczeń i nasza trasa jest jeszcze otwarta.


Karkonosze to raj dla geomorfologów. Mamy tu ślady tropiku i mały Spitzbergen. Obrywy, osuwiska, spełzywanie, solifluksję, zamarzanie, rozmarzanie, pęcznienie mrozowe, erozję, eworsję, akumulację, segregację, moreny, jeziorka, torfowiska, skałki, nisze niwalne i całego niemalże Klimaszewskiego. To taki skrót zrozumiały przez geomorfologów. Spróbuję wam to wyjaśnić i pokazać.

Wspomniałem o geomorfologii. Nie jest to geologia, choć geolodzy nią się zajmują. Geografia przyznaje się do niej, choć ma pewne wątpliwości. Dlaczego? Geomorfologia zajmuje się powstaniem form terenu występujących na powierzchni naszej planety. To co dla przeciętnego śmiertelnika jest tym czy jest, to dla geomorfologa stanowi rozkosz dla zmysłów i oczu. Zwykła ścieżka w górach. Turyści depczą i niszczą roślinność. Brak roślinności, to wzmożona erozja spływającej wody. Pęcznienie mrozowe, spełzywanie gruntu, odsłonięcie litej skały podłoża. To wszystko spotykacie na szlaku. Ktoś powie, że mało kto zwraca na takie szczegóły uwagę. Zgadza się. Nie każdy jest geomorfologiem. Gdy to zaczniecie zauważać, to przekonacie się, że góry przemówią do was głosem dotychczas wam nieznanym. Wiem. Nie wszyscy mają dobry słuch. Trudno. Będę mówił głośno. Tak! Słyszałem. Kucharski i głośne mówienie!?!?!? Postaram się.


Geomorfologia zawsze będzie mi się kojarzyć z moim Profesorem, Alfredem Jahnem. Geograf, geomorfolog, polarnik, były rektor Uniwersytetu Wrocławskiego i nauczyciel akademicki Jerzego Kucharskiego. Byłem jego jedynym magistrem studentem. Jak? Wcześniej obroniłem pracę magisterską niż otrzymałem absolutorium. Pracę magisterską broniłem na słynnej kanapce Profesora. Po obronie Profesor zapraszał zawsze pierwszych magistrów na lampkę wina. Dzisiaj wybuchłaby afera związana z piciem alkoholu na uczelni. To dzisiaj. Dawniej było inaczej, trochę normalniej. Tak tworzyła się tradycja i legenda o Profesorze. Pozornie niedostępny. Nie lubił marnować czasu. W trudnych sytuacjach można było zobaczyć jego prawdziwe oblicze. Chyba nie znał słowa niemożliwe.

Są wszyscy? Mamy kilka nowych twarzy. Powędrujemy czerwonym szlakiem w kierunku Słonecznika. W prawo odbija niebieski szlak, którym ostatnio zeszliśmy do kościółka Wang. Powędrujemy głównym szlakiem Sudetów. Na tym odcinku nie odczujemy, że jesteśmy w górach, gdyż nadal jesteśmy na Równi pod Śnieżką. Przed nami płaski szczyt Smorgoni i srebrny Upłaz.


W miejscu, w którym jesteśmy warto zwrócić uwagę na rozdeptywanie gór. Lubimy skróty. Nieliczni zdają sobie sprawę z tego, że te ścieżki wydeptane przez licznych wędrujących pozostaną na długie lata. Nie jesteśmy na nizinach. Tam okres wegetacji jest długi i trwa do dwustu dni. Tu jest inaczej. Tu nie ma nawet lata. Jest tylko z nazwy. Poza tym takie dzikie ścieżki koncentrują spływającą wodę. To natomiast wzmaga erozję. Na takiej ścieżce pojawiają się wówczas głazy wyłaniające się z kaszy granitowej. Kasza jest zwietrzałym granitem. Powstaje poprzez dezintegrację granularną granitu. Stop. Wyjaśnię. Granit nie jest skomplikowana skałą. Budują go trzy minerały. Kwarc, to ten szary. Skaleń, to ten mleczny wpadający w odcień różowy. Czasami kryształy skalenia, tu w Karkonoszach, są wielkości małego kciuka. Mika, to te jaśniejsze blaszki, a biotyt, to te ciemniejsze blaszki. Każdy z nich inaczej reaguje na zmiany temperatur. Powstają wówczas naprężenia i pęknięcia. Tam wnika woda i kończy dzieło rozpadu na poszczególne minerały. Gdy weźmiecie do ręki taki zwietrzały kawałem granitu, to rozsypie się wam w dłoniach tworząc właśnie taką granitową, grubą kaszę.


Zwietrzelina tworzy warstwę ochroną dla litej skały. Z wierzchniej jej warstwy powstanie gleba. To następnie przyczynia się do powstania kolejnej warstwy ochronnej jaką jest roślinność. Chociaż korzenie i kwasy humusowe zrobią swoje, to proces denudacji zostanie spowolniony. Denudacja, czyli obnażanie. Nic z tego. To nie to. To kolejny skrót. Denudacja, to procesy, które doprowadzają do niszczenia wszystkich wyniosłości. Zatem denudacja załatwia wszystko. Czy my też możemy przyczynić się do denudacji? Oczywiście. I tu pojawiają się nasze nogi. Nie. Buty. Setki, tysiące, miliony butów. Wiecie dlaczego buty są brudne? Bo jest błoto. Tak. Zgadza się. Bo jest mokro, co w górach zdarza się często. To błoto przykleja się do naszych butów. Nikt jeszcze nie obliczył ile tych „gór” wynosimy z tych gór na naszych butach.

Tam, gdzie zniknie ochronna warstwa roślinności wkracza erozja. Erozja potrzebuje wody i nachylenia terenu. Obfite opady. Mamy wodę. Nachylenie terenu. Jesteśmy przecież w górach. Wszystko jest i tylko potrzebny jest czas. To dlatego podczas obfitych opadów szlaki zamieniają się w rwące potoki. Zobaczycie to wędrując Drogą Bronka Czecha.


A co z roślinami. Roślinność zachowuje się jak potężna gąbka, która wchłania, zatrzymuje i powoli oddaje wodę do jej obiegu w przyrodzie.

Teraz to widzicie. Nie? Musicie popatrzeć przed siebie. Idziemy w kierunku Smogorni. To trzeci co do wysokości szczyt w Karkonoszach o wysokości 1490 m n.p.m. Smogornia jest bardzo rozczłonkowana i dość płaska. Spłaszczony wierzchołek porastają płaty kosodrzewiny. Poza tym w krajobrazie tego masywu górskiego dominują łąki wysokogórskiego. To właśnie jest nasza gąbka. Tu na Srebrnym Upłazie i Równi pod Śnieżką biorą swój początek liczne potoki, wśród nich Łomnica i Biała Łaba.


Właśnie dochodzimy do kładki nad jednym z potoków zasilających Mały Staw.

Trochę się zagadałem i nie zwróciłem uwagi na Jantarową Ścieżkę, która odbijała w lewo za spaloną Strażnicą. Prowadzi ona do czeskiej Lućni boudy.

Za kładką należy uważać, gdyż odcinek nad krawędzią kotłów zimą jest zamknięty dla turystów. Zwróćcie uwagę na tyczki. To one wyznaczają zimowy przebieg czerwonego szlaku.

Po co te tyczki takie wysokie? Ci co lubią zimowe wędrówki wiedzą, że zimą wędruje się powyżej kosodrzewiny. Nie ma jej. A te wysokie tyczki są zaledwie naszego wzrostu.

Mamy szczęście, gdyż szlak jeszcze nie został zamknięty. Mam takie możliwości. Zamykam, otwieram, chcę lub nie. To tylko tekst. Niemniej jednak ten odcinek zimą jest bardzo niebezpieczny.

Po prawej stronie mijamy Piarżysty Żleb. Jest on lepiej widoczny dla patrzących spod Samotni. Zakończony jest stożkiem usypiskowym schodzącym do Małego Stawu.


Trochę dalej dochodzimy do krawędzi nad Srebrnymi Turniczkami. Sama nazwa ich wskazuje, że chyba są dwie turniczki. Ta południowa nosi nazwę Dużej Srebrnej Turniczki, a ta północna, to Mała Srebrna Turniczka. Między nimi leży Srebrne Siodełko.

Tu się zatrzymamy, gdyż stąd jest najlepsza panorama na południową część Wielkiego Kotła, gdzie znajduje się Mały Staw i Samotnia. Taka drobna uwaga. Nie warto tu być wcześnie rano i popołudniu. Wówczas ta część kotła jest w cieniu.

Nie wspomniałem o potężnej lawinie z 1737 r., która zeszła do kotła Małego Stawu. Trochę celowo, gdyż dopiero stojąc tu możemy wyobrazić sobie potęgę tego żywiołu.

Był 7 luty 1737 r. Trudno to sobie wyobrazić. To jeszcze raz. Był 7 luty 1737 r. Zima rozpoczęła się dość wcześnie. Śnieg padał i padał. W odróżnieniu od innych zim, ten śnieg był ciężki i zbity. Liczne zaspy sprawiały wielkie kłopoty tym, którzy próbowali zapuścić się w góry. Podmuchy zachodniego wiatru przynosiły kolejne opady śniegu.


Na krawędzi kotła nad Małym Stawem powstał ogromny śnieżny nawis w cieniu Srebrnego Upłazu. Setki, tysiące ton śniegu podtrzymywane przez śnieżny filar, groziły zejściu pod starą budę strażnika stawu.

Nawis znajdował się dokładnie w miejscu, gdzie jesteśmy obecnie.

Pod wpływem ciężaru nagromadzonego śniegu doszło do zejścia lawiny prosto na zamarzniętą taflę Małego Stawu. Posłuchajcie doktora Lindera z Jeleniej Góry, który mógł oglądać skutki tej lawiny.

„… Córka dozorcy stawu doprowadziła nas ze Strzechy do czoła lawiny. Wyglądało to strasznie i dziko. W czasie spadania lawiny rozległ się olbrzymi huk, a naprzeciw stojący dom strażnika stawu zadrżał w posadach i popękały w nim wszystkie szyby. Ludzie myśleli, że to trzęsienie ziemi i na pewien czas całkowicie stracili słuch. Lód na stawie, który miał prawie dwa metry grubości, został całkowicie rozbity i porozrzucany przez lawinę. Wszędzie dookoła stawu leżały bryły lodu, woda z jeziora wystąpiła, a ludzie z otoczenia dozorcy stawu przypuszczali, że nie było w nim w ogóle wody i że był cały wypełniony śniegiem. Szkoda było pstrągów, które teraz leżały porozbijane i uduszone…”

Chociaż Karkonosze są niepokaźnymi górami, to czyhające tu niebezpieczeństwa są realne. Warto pamiętać, że narażając swoje życie narażamy życie innych, którzy pójdą nam na pomoc. Wiem, że komunikaty o zagrożeniu lawinowym nic nam nie mówią. Pierwszy, drugi lub jakiś piąty. To prawda jest ich pięć.


Pierwszy stopień – mały. Przy pierwszy stopniu należy unikać skrajnie stromych stoków, na których nagromadził się śnieg. Przy tym stopniu warunki dla wędrówek po górach są na ogół bezpieczne.

Drugi stopień – umiarkowany. Przy tym stopniu należy unikać terenów zagrożeń lawinami. Są one zaznaczone na każdej dobrej mapie turystycznej. Jak takiej informacji nie zawiera mapa, to nie kupujcie jej. Na stromych stokach pokrywa śnieżna jest pozornie stabilna. Taka pokrywa śniegu nie zejdzie samodzielnie. Niemniej jednak wędrująca grupa może zainicjować jej zejście.

Trzeci stopień – znaczny. Przy tym stopniu istnieje już możliwość samoczynnego zejścia lawiny. Tu kończą się żarty. Nawet duże doświadczenie może zawieść. Pokrywa śniegu jest słabo utrwalona, zwłaszcza na stromych stokach. Przy tym stopniu ogranicza się obszar poruszania po terenach zagrożonych zejściem lawin.

Stopień czwarty – duży. Na większości stoków pokrywa śniegu jest słabo utrwalona. Przy tym stopniu lawiny mogą schodzić już samorzutnie. Wszelkie znaki i zakazy poruszania się należy przestrzegać bezwzględnie.

Stopień piąty – bardzo duży. Przy tym stopniu siadamy w bezpiecznym miejscu i czekamy na zejście lawiny. To żart, ale przy tym stopniu schodzą największe lawiny. Co może zainicjować jej zejście? Dodatkowa porcja śniegu. Podcięcie przez wędrującego płata niestabilnego śniegu. Fala głosowa. Fajerwerki po imprezie. Słoneczko. Przy tym stopniu zdarzyć się może wszystko.


Takie są góry.

Idziemy dalej? To chodźmy.

Mijamy Owcze Żebro, które jest skalną grzędą oddzielającą Wielki Kocioł od Małego Kotła. Pod nami jest Domek Myśliwski, a przed nami miejsce gdzie znajdowało się schronisko Księcia Henryka, Prinz Heinrich Baude. Ponownie nie widać. Nie dziwcie się, bo też spłonęło w tajemniczych okolicznościach.

Powstało ono w 1889 r. z inicjatywy i funduszy RGV (Riesengebirgverein). Baude am Mittagstein to jego pierwsza nazwa, która nawiązuje do skałki nie tak odległej od tego miejsca. My też wędrujemy do Mittagstein, czyli do Słonecznika. Miejsce to odwiedził w 1888 r. brat cesarza Wilhelma II, Książe Henryk Hohenzollern. Księciu towarzyszyła również jego małżonka. I tak słonecznik przegrał z księciem.


Schronisko to było najnowocześniejszym na owe czasy w Karkonoszach. Oferowało 21 pokoi i 70 miejsc noclegowych. Od 1892 r. działał tu telefon. Największą atrakcją tego schroniska była panorama. Stojąc nad krawędzią Małego Kotła możemy ją podziwiać. Nie spłonęła. Wyobraźcie sobie poranną kawę w pastelowej poświacie wschodzącego Słońca nad Kotliną Jeleniogórska spowitą welonem porannej mgiełki. Pijemy tę kawę siedząc na werandzie schroniska.


Znam podobną werandę. Weranda w schronisku „Wojtek” w Szklarskiej Porębie. Dostęp do werandy mieli tylko nieliczni z grona korzystających ze schroniska. Tylko „nieobcy”. Schronisko spało, Słońce wschodziło, kawa parowała, woń się rozchodziła i budził się dzień.

Tu musiało być podobnie.

Schronisko było dwupiętrowe. Piwnica i parter były wykonane z kamienia, natomiast piętra miały konstrukcje drewnianą. No i wspomniana weranda.

Po wojnie mieszkał tu były właściciel schroniska z synami. W nocy z 9 na 10 października 1946 r. schronisko spłonęło. Ciekawostką tego wydarzenia było to, że żołnierze WOP zauważyli to dopiero 11 października o godz. 8.40. A co robili prze cały 10 października? Może z jakiś przyczyn nie chcieli nic widzieć.


Według jednych świadków padał deszcz i była mgła. Inni widzieli pożar z odległego Karpacza. Są tacy co pomylili październik z lutym. Jak było naprawdę? Prawda spłonęła wraz ze schroniskiem.

Nie ma schroniska, pozostał widok. Jeszcze się tu zatrzymajmy. Profesor Jahn zawsze twierdził, że czwartorzęd dla Sudetów był swoistym makijażem na trzeciorzędowym obliczu tych gór. Tu to widać.

Po kolei. Zaczniemy od Wielkiego Stawu, a na końcu dokonamy deglacjacji lodowca. Co zrobimy z lodowcem? Rozpuścimy go.

Wielki Staw nie jest tak wielki, ale jest większy od Małego Stawu. Jego powstanie wiąże się z tym samym lodowcem, który wypełniał Wielki Kocioł. Po jego zaniku, za sprawą moreny recesyjnej powstał Mały w Wielkim i Wielki w Małym Kotle. Ten drugi jest zamknięty ryglem skalnym Zielarza.

Wielki Staw leży wyżej od Małego (1183 m n.p.m.), bo na 1225 m n.p.m. jego misa składa się z dwóch części. Część wschodnia i środkowa ma regularny kształt owalny. Część zachodnia, to długa, płytka zatoka. W wschodniej części znajduje się 24,4 metrowa głębia. Maksymalna głębokość zatoki dochodzi do 7,5 metra. Wielki Staw zasilany jest czterema stałymi potokami. Poza tym zasilają go wody z opadów atmosferycznych i topniejącego śniegu. W zachodniej części zasilają go jeszcze torfowe wysięki. Staw posiada tylko jeden odpływ, który przecina skalisty garb Zielarza. Jest to Biały Potok, który ma 600 metrów długości i uważany jest za jeden ze źródłowych potoków Łomnicy. Uchodzi do niej poniżej Koziego Mostku na wysokości 1085 m n.p.m.


W wodach stawu rośnie poryblin jeziorny, który ma tu najdalej na południowy-zachód wysunięte, izolowane stanowisko. Żyje tu też reliktowy wirek, taki ślimaczek.

Zapomniałem o powierzchni stawu. Powierzchnia stawu to 8,32 ha. Pojemność to tylko 790000 m3 (646x183 m).

Po trzeciorzędowych tropikach nastąpił chłodny, a nawet mroźny czwartorzęd. Mróz przeplatał się z chłodem, czyli glacjał z interglacjałem.

Jeśli ktoś miałby pytania co do nazewnictwa, to proszę o informacje w komentarzach. Wyjaśnię wątpliwości w następnym odcinku.

Od lat istnieją wątpliwości co do momentu, w którym pojawiły się w Karkonoszach lodowce. Materiał, który buduje moreny boczne i czołowe lodowca wskazują na zlodowacenie środkowopolskie. Nazwa jest trochę myląca, gdyż podczas tego zlodowacenia lądolód dotarł najdalej na południe, przekraczając Bramę Morawską. W Sudetach wdarł się w kotliny śródgórskie. Materiał budujący moreny z tego okresu nosi ślady wietrzenia trzeciorzędowego, co wskazywałoby, że stanowił on trzeciorzędową powierzchnie gór.

Lodowiec w fazie swojego maksymalnego zasięgu miał długość 3,5 km. Jego czoło dochodziło do dzisiejszego ujścia Pląsawy do Łomnicy.


W późniejszym okresie, podczas zlodowacenia północnopolskiego, lodowiec zaczął się cofać. Następowało ocieplenie klimatu. Nie nastąpiło to raptownie. Moreny recesyjne świadczą, że okresy ocieplenia przedzielone były okresami chłodu, w których lodowiec stagnował i pozostawił moreny recesyjne. W ostatniej fazie zaniku lodowca powstały dwa małe jęzorki. Trudno mówić o nich, że były to jęzory lodowcowe. Oddzielała ich Owcza Grzęda. Domyślacie się, że były to jęzory Wielkiego i Małego Stawu. Ostatnia faza zaniku lodowca związana była z powstaniem moreny recesyjnej na zapleczu Samotni. Tak, to ten wysoki wał za schroniskiem.

Na przedpolu rygla skalnego Zielarza również powstała morena recesyjna. Jest i trzecia morena recesyjna, która powstała na wysokości Domku Myśliwskiego. Musiał tu powstać wyizolowany płat lodu będący pozostałością lodowca wypełniającego Wielki Kocioł Małego Stawu.

Wówczas to, powyżej Domku Myśliwskiego powstało również jeziorko między morenami recesyjnymi, które z czasem zanikło.

Patrząc z góry widzimy lasy. Idąc dołem mniejsze i większe bloki skalne. Przewodniki milczą lub pobieżnie informują o geologii i geomorfologii. To geomorfologia ożywia teren i pozwala nam zrozumieć jak to powstało. Wiedząc jak to powstało, wiemy również jak to jest kruche w obliczu bezmyślności człowieka.


To co? Idziemy dalej.

Nadal wędrujemy czerwonym szlakiem. Widać już Słonecznik. Co? Zaskoczeni, że nie przypomina słonecznika. No trudno.

Zanim dojdziemy do Słonecznika od naszej trasy odbija w lewo zielony szlak, którym można dojść do Starej Polany, a następnie do Białego Jaru. To tym szlakiem zejdziemy do Karpacza, ale trochę później i z innego miejsca, właśnie ze Starej Polany.

Dzisiejszy spacerek zakończymy na kamiennej ławce przy Słoneczniku. Jest ona ukryta w kosówce po prawej stronie. Poza tym miejsce to jest idealne aby uchwycić w obiektywie całą skałkę.

W następnym odcinku obiecuję, że będziemy tyko schodzić.


Jerzy Kucharski



Komentarze

Ten wpis nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj Komentarz

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.