Chojnow.pl
Nasza strona korzysta z plików Cookie. Czytaj więcej.
facebook twitter YT IG
Logowanie Rejestracja
  • Polish
  • English
Lego Star Wars

A w górach … - Stara Polana (część 5)

Autor Jerzy Kucharski
Data utworzenia: 19 listopad 2013, 10:16 Wszystkich komentarzy: 0


A w górach … - Stara Polana (część 5)

Była kawa u Wiktoryny. Niech nie będzie to tajemnicą, że niektóre osoby piszące komentarze znam. Szczególnie te chojnowskie. Ostatnio dostało mi się od Jony. Znienawidziła moje góry. Ponoć byłem sadystą. A! Jeszcze mi nie wypomnieli tej piętnastki. Oni dobrze wiedzą o co chodzi. Byłem jaki byłem. Zanim wyruszyłem z czwartoklasistami z podstawówki na grzbiet Karkonoszy zimą, to przez dwa lata poznawałem je testując trasy z moim młodszym synem. On mógłby narzekać, gdyż miał wówczas zaledwie pięć lat. Nauczyłem się od niego wielu rzeczy, o których nigdy i nigdzie się nie dowiecie lub przeczytacie. Podać przykład. Jak rozpoznać, że grupa jest już gotowa do dalszej wędrówki podczas odpoczynku w schronisku? Zaczynają się kręcić i zamawiać w bufecie byle co. To życie, a nie jakieś tam szkolenie dla kolejnego papierka.

Dzisiaj Jona odkrywa swoje góry. Ja chodzę nadal po moich.

Poza tym nikt nie chodził ze mną jak pędziłem sam. Z Domu Śląskiego do Szklarskiej w pięć godzin z wypiciem kawy na Szrenicy z Panią Basią. Nic nie podziwiałem, bo gnałem. Poza tym nic nie widziałem, bo była mgła. Kawa w towarzystwie Pani Basi była jak zwykle wyśmienita.

Przypominam. To mają być perły, a nie pierdołki.

Już … Netka zadała mi zadanie domowe. Dlaczego Samotnia nazywa się Samotnią? Musisz wiedzieć, że chyba wszyscy zaakceptowali tę nazwę bez wnikania w owe dlaczego. Tak się nazywa, bo tak ją nazwali.

Wiem! Netka nie jest usatysfakcjonowana. Dlatego rozwinę moje rozważania. Był tu strażnik jeziora. Pilnował ryb. Jak pilnował, to przed kimś. Można domniemywać, że każdy, który zbliżył się do Małego Stawu był podejrzanym. Dlatego wszyscy omijali dno Dużego Kotła. To strażnik częściej opuszczał swoją samotnię i wędrował do kurzaków na Starej Polanie lub po mleko i ser do pasterzy na Złotówce.


To moja wersja. Gdyby nad stawem znajdowała się buda, w której żyłby pustelnik, to dzisiaj wędrowalibyśmy do Pustelni nad Małym Stawem.

Jest też wersja oficjalna. Po wojnie spotkali się byli właściciele schroniska i nowi gospodarze. Prawdopodobnie podczas tego spotkania doszło do porozumienia w kwestii nazwy. Ustalono, że schronisko nad Małym Stawem będzie nazywać się Samotnia.

Wiem, że sprawa nie została ostatecznie rozstrzygnięta, gdyż brakuje owej kropki nad „i”. Niemniej jednak czuję, że bliski jestem prawdy. Niebawem przekonacie się jak zawiłe bywają losy ludzi i budowli. Jak rzeczy odległe i sobie obce potrafią stać się bliskie.


Iga zauważyła, że Samotnia ma ową duszę.

Co ty piszesz? Masz pisać o górach.

Spokojnie. Nic nas nie goni.

Iga, dotykałaś kiedyś starych mebli? Chyba tak. Co robimy stojąc przy starym stole? Dotykamy go. Przeciągamy delikatnie opuszkami palców blat stołu. Nasze opuszki zachowują się jak igła gramofonowa. Czujemy nierówności, rysy, a mózg tworzy obrazy. Tu jakaś plama i widzimy osobę, której rozlał się kompot. Ta ciemna kropka jest po atramencie. Chyba ktoś pisał list i był trochę zdenerwowany.

Dotykaliście suchych, powyginanych przez wiatr drzew w górach. Dotknijcie. Dotykając czujecie ten wiatr, smagające pień krople deszczu, zamarzający śnieg i sadź.


No, dosyć tego dobrego. Gdzie jesteśmy? Wiem.

Stara Polana. Tu zakończyła się moja pierwsza szkolna wycieczka. Która to była klasa? Moja wychowawczyni jeszcze się nie utopiła. Chyba piąta? Doszliśmy do ruin Bronka Czecha. Wszystko przez pogodę.

Dwadzieścia lat temu uczyłem się tu latać. No, nie latać? Bawiliśmy się tu w Adasia Małysza. Kładliśmy się na wiatr. Najlepsze były dziury w podmuchach. Dziura i gleba.

Wszystko za sprawą halnego. Oj, wiało!!! Gdy wieje halny, to lepiej unikać gór. Najbezpieczniej jest na grzbiecie. Tu nic nam nie spadnie na głowę. Niżej świerki kładą się pokotem. Mogłem to obserwować, gdy pomagałem usuwać powalone pnie.

Świerki nie mają korzenia palowego. Korzenie promieniście rozchodzą się tuż pod powierzchnią cieniutkiej warstwy gleby inicjalnej. Gdy zaczyna wiać, to korona drzewa stawia opór, a pień działa jak ramię dźwigni. Mało kiedy się on łamie, a tylko cały system korzeniowy z oplecionymi przez korzenie głazami staje do pionu.

Halny możemy zobaczyć nawet tu od nas. Wiem, że wiatru nie zobaczymy. Widać natomiast wał fenowy na grzbiecie Karkonoszy. Jaki wał? Wał chmur. Bardziej obrazowo. Przykrótka kołderka chmur leżąca na głównym grzbiecie. Poniżej grzbietu ten wał zanika. Gdy u nas wieje halny, to po czeskiej stronie jest pochmurno i pada deszcz z tej kołderki.

Dlaczego te chmury zanikają? Powietrze spadając ze stoku staje się cieplejsze. Dlatego chmury zanikają. Powietrze ogrzewa się o jeden stopień na każde sto metrów różnicy wysokości. To dlatego w Karpaczu i nawet w Jeleniej Górze czuje się ten cieplejszy, choć porywisty wiatr. To halny. Wałowi fenowemu towarzyszą rotory, które są efektem zawirowań powietrza po pokonaniu przeszkody w postaci gór. Są to równolegle przebiegające wałeczki chmur.

Stara Polana jest spłaszczeniem na północno-wschodnim stoku Smogorni, u podnóża kotła Wielkiego Stawu. Jej powierzchnia wynosi około 10 hektarów i leży na wysokości od 1050 do 1100 m n.p.m.

W XVII wieku istniała tu osada kurzacka. Kim byli owi kurzacy? Ich głównym zajęciem była wycinka drzew i produkcja węgla drzewnego. Stąd też nazywano ich również węglarzami. W tej części Karkonoszy produkowano węgiel drzewny dla potrzeb kowarskiego ośrodka hutniczego.


Siedząc dzisiaj tu, trudno sobie wyobrazić, że rósł tu las potężnych starych świerków. Las zanikał. Odgłos toporów i unoszący się dym zlewał się z mgłą spowijającą porębę. Stare pnie spróchniały i zarosły trawą. Po kurzakach pojawili się pasterze i ich budy.

Kurzacy przyczynili się do dewastacji środowiska naturalnego. Rodzima roślinność zanikła i została wyparta przez rośliny synantropijne. Rośliny te pojawiły się wraz nowymi mieszkańcami i zwierzętami.

W 1670 roku powstała tu buda Schellinga. Niedaleko przy Kotkach powstały natomiast Zajęcze Budy. Należały one do gminy górskiej, którą utworzył właściciel tych terenów, hrabia Schaffgotsch.

Za pasterzami pojawili się pierwsi turyści, których celem wędrówki była Śnieżka.

Największą atrakcją starej Polany stały się jednak tory saneczkowe i zjazdy na rogatych saniach.

Wspomniałem o schronisku Bronka Czecha. To nasz przedwojenny Adam Małysz i Justyna Kowalczyk w jednej osobie. Został zamordowany przez hitlerowców w 1944 r.

Wspomniane schronisko zostało wybudowane w 1894 r. Schronisko to podniosło standard usług na Starej Polanie. Jej właścicielem był Heinrich Einert. Następnie kupił je hrabia Schaffgotsch i wydzierżawił Heinrichowi Schulzowi z Borowic.

Budynek jest rozbudowywany i modernizowany. Niebawem staje się pensjonatem i 1924 r. przekształca się w hotel górski (Berghotel).

I było tak ładnie do 11 grudnia 1966 r. W tym dniu schronisko Bronka Czecha spłonęło. To taka karkonoska tradycja. Przyczyną pożaru był prawdopodobnie niedopałek papierosa wrzucony do kosza na poddaszu. Ponoć, gdy impreza rozwijała się na dole, to góra już dobrze płonęła.

Jak było naprawdę? Dzisiaj nie ma śladu po Schlingelbaude, czyli schronisku Bronka Czecha.

Obok tego hotelu przed wojną istniało także schronisko młodzieżowe (Berghanlein), należące do Riesengebirgsverein. Był to mały, drewniany pawilon przykryty dwuspadowym dachem. Jego też już nie ma. Oba budynki znajdowały się w bezpośrednim sąsiedztwie ławeczek i tablicy informacyjnej przy skrzyżowaniu szlaków na Starej Polanie. Jest też tu zdjęcie tych budynków na tle skalnej ściany Małego Kotła.

Opuszczamy Starą Polanę i wędrujemy dalej niebieskim szlakiem w kierunku kościoła Wang. W lewo od naszej trasy odbija zielony szlak w kierunku grzbietu głównego nad Wielkim Stawem, żółty w kierunku Pielgrzymów i Słonecznika. W prawo natomiast odbija zielony szlak do Karpacza, tak zwana Droga Bronka Czecha.

Zanim dotrzemy do Wangu warto poznać jego historię. Mały norweski kościółek i burzliwe dzieje wielkiej Europy.

Jest rok 1622. Początki historii kościoła Wang należy szukać w okresie, w którym protestanccy uchodźcy z Czech osiedlili się na tych terenach. Kolejne grupy uchodźców osiedlały się coraz wyżej. Około 1635 roku 20 rodzin osiedliło się w rejonie Karpacza Górnego. Kolejna grupa dotarła tu około 1643 r. Czeskim protestantom zawdzięczamy rozwój zielarstwa. Zainteresowanie się ziołami i wytwarzanie przez nich leków należy wiązać z dwoma młodymi medykami: Mikołajem i Salomonem, którzy musieli opuścić Pragę. To oni nauczyli miejscową ludność wyrabiać leki na bazie ziół. To oni byli ojcami chrzestnymi laborantów, którzy wywodzili się z wcześniejszych destylatorów. Leki ich były znane od Wrocławia po Lipsk. Prawdopodobnie wytwarzano tu ponad 200 specyfików.

Gdzie Wang? Jeszcze w Norwegii.

Ewangelicy dominowali na tym terenie. Kościoły były przeważnie ewangelickie. Sytuacja uległa zmianie po wojnie trzydziestoletniej. Część ewangelików opuściła te tereny i udała się na Łużyce. Ci co zostali żyli z dala od ludzkich skupisk. Powstały wówczas „Leśne Zbory”, w których swoje religijne posłannictwo pełnili „leśni kaznodzieje”.

Sytuacja uległa poprawie dopiero w XVIII wieku. Ewangelicy zaczęli opuszczać swoje leśne świątynie.

Czas na hrabinę Johanne Juliane Friederche von Reden z Bukowca. Okazuje się, że w tym przypadku sprawdziło się to, że tam, gdzie nawet diabeł nie może, to najlepiej posłać kobietę. Hrabina napisała do króla Fryderyka Wilhelma IV, że w górach musi powstać kościół, gdyż miejscowa ludność nie ma swojej świątyni.

I? I tu wkracza norweski wątek opowiadania.

Mamy XII i XIII wiek. Norwegia. W architekturze dalekiej północy pojawiają się drewniane kościoły typu „stav” lub „stab”. Architekci tych budowli nawiązywali do jeszcze starszych obiektów powstałych w Skandynawii. Nietypowa konstrukcja, kunsztowna snycerka stawia te kościoły w jednym rzędzie z najwspanialszymi budowlami tamtego okresu.

Przypuszcza się, że kościoły typu „stav” powstawały w okresie przed przyjęciem przez Norwegów chrześcijaństwa. Chrześcijaństwo Norwedzy zawdzięczają Olafowi Haraldssonowi. Przybył on do Norwegii z Anglii w 1015 roku. Pragnął zjednoczyć ochrzczonych Norwegów. Zanim tego dokonał musiał uciec do Szwecji. Powrócił, wypędził duńskich najeźdźców i zginął. Dzięki temu został świętym i patronem Norwegii.


Spokojnie. Docieramy do małej miejscowości Vang w prowincji Valdres. To tu stał mały kościółek podobny do tysiąca innych w Norwegii. Do dnia dzisiejszego przetrwało zaledwie trzydzieści. Poza granicami Norwegii jest tylko jeden. Jeszcze raz. Poza granicami Norwegi jest tylko nasz. Skandynawska perełka u podnóża Śnieżki.

Widać już go. Gdzie? Tam między świerkami.


Jerzy Kucharski



Komentarze

Ten wpis nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj Komentarz

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.