Chojnow.pl
Nasza strona korzysta z plików Cookie. Czytaj więcej.
facebook twitter YT IG
Logowanie Rejestracja
PWSZ Legnica

A w górach... Część 3

Autor Jerzy Kucharski
Data utworzenia: 17 październik 2013, 10:23 Wszystkich komentarzy: 2


A w górach... Część 3

Czy ktoś z państwa widział Legniczankę? Jak wygląda? No, jak wygląda? Taka sympatyczna. Co to za wygląd? Zaraz! Co ja robię jeszcze pod Śnieżką? No tak. Oni wszyscy poszli do Wilczej Poręby przez Łomniczkę. No, dobrze. Jeśli oni poszli, to z kim? Ze mną? Staram się to pojąć. Jeśli poszedłem, to co ja tu robię.

Już wiem. Wytłumaczę to zamieszanie. Przecież Łomniczka może być zamknięta, a zejść trzeba. No? Trzeba. To idziemy przez Strzechę, Samotnie do Wangu. I mam znowu prowadzić? A kto? Kawę wypiłem? Wypiłem. Trzeba się ruszyć.

Wyjście ze schroniska jest najgorsze. Ciepło, gwar i ten zapach. Zwróciliście uwagę na zapach. Każde schronisko ma inny. Najbardziej odczuwalny i intensywny zapach ma chatka pod Śnieżnikiem. Zapach starego wędzonego drewna zmieszanego z odrobiną(!) parującego potu, zmieszanego z aromatami przypraw najróżniejszych konserw oraz nutką dymy ze świec i tego wszystkiego co wchłoną płuca. Jeśli wśród czytających są chatkowicze, to wiedzą co mam na myśli. Zapach ten wietrzeje po kilku miesiącach.


Miałem mówić o górach a nie o zapachach, odorach i smrodkach. Niemniej jednak to jest też koloryt gór. To idziemy. Mam prośbę do Pana Marudy. Proszę kontrolować końcówkę grupy, bo ostatnio zgubiłem Legniczankę.

To taki literacki żart, bo z nikim nie szedłem i nikogo nie zgubiłem. Niemniej jednak zgubienie kogoś w górach może skończyć się tragicznie i dla zgubionego i tego co zgubił. Uczestnicy moich wycieczek musieli zgłaszać to, że chcą siusiu i muszą z tego powodu wejść do lasu. Zastanawialiście się ile trwa siusianie? Krótko. Nieprawda. Każdy chce być niewidoczny. Traci kontakt wzrokowy z grupą. Chwila skupienia. Czas leci, a grupa się oddala. Końcowe formalności i dziesięć minut mija. Grupa oddaliła się o ponad pięćset metrów.

To nie przesada. Spotkałem się kiedyś z takim przypadkiem. Przed Odrodzeniem w Karkonoszach zostało na trasie dwoje uczestników, którzy stracili kontakt wzrokowy z grupą. Grupa weszła do schroniska, a kierowniczka wycieczki nie zostawiła nikogo przed Odrodzeniem, aby powiadomić tych dwoje, że wszyscy są wewnątrz. I co? Tych dwoje poszło dalej omijając schronisko i przełęcz Karkonoską. Pani Profesor zamiast podjąć działania celem znalezienia tych dwoje, to uciekła do Szklarskiej Poręby licząc, że nic im się nie stanie, a ta dwójka sama się jakoś znajdzie. Miała szczęście, że było to latem.


Opuściwszy Śląski Dom będziemy wędrować czerwonym i niebieskim szlakiem w kierunku Przełęczy Karkonoskiej. Za naszymi plecami pozostawiamy Śnieżkę. Warto czasami się obrócić. Z miejsca, w którym się znajdujemy rozpościera się jeden z najsympatyczniejszych widoków na masyw Śnieżki. Dobrze jest jak zaplanujemy powrót tą trasa późnym popołudniem. Zachodzące Słońce oświetla wówczas zachodni stok szczytu. Jak ktoś będzie miał dużo szczęścia i będzie szedł tedy naprawdę bardzo późno, to będzie mógł podziwiać Śnieżkę skąpaną w różowoczerwonej poświacie zachodu z wschodzącym Księżycem w tle.

Równię pod Śnieżką najlepiej widać ze Śnieżki. Wędrując nią możemy odnieść wrażenie, że nie jesteśmy w górach. Jednak jesteśmy, a świadczy o tym chociażby kosodrzewina. Droga, którą idziemy omija jeziorka Równi pod Śnieżką. Nie są to duże jeziora. Ich średnica waha się od 15 do 50 metrów, a głębokość od 30 do150 centymetrów. Niektóre z nich w okresach bardziej suchych znikają. Wody tych jeziorek mają charakterystyczny brązowy kolor, który zawdzięczają kwasom humusowym.


Wiosną na płaskich i wilgotnych powierzchniach torfowiska dominuje wełnianka darniowa. Łatwo tę roślinę rozpoznać, gdyż czubek jej zakończony jest kłaczkiem białych włókienek przypominających wełnę. Wełniance towarzyszą również inne rośliny: modrzewnica zwyczajna, torfowce, turzyce skąpokwiatowe. Na jeszcze bardziej suchszych terenach rośnie wełnianka pochwowata, borówka czarna, borówka brusznica, borówka bagienna, żurawina błotna, żurawina drobnolistna, wrzos zwyczajny, bażyna obupłciowa. Tereny jeszcze bardziej suche porasta kosodrzewina, malina moroszka, podbiałek alpejski.

Rośliny tu mają skrajnie trudne warunki. Przez prawie pół roku leży tu śnieg. Okresowa zmarzlina na głębokości 5 – 10 centymetrów ustępuje dopiero w czerwcu. Dlatego też roczne przyrosty torfu liczy się tu w milimetrach, a nie jak na nizinach w centymetrach.

Wędrując Równią pod Śnieżką można odnieść również wrażenie, że jesteśmy na stepie. Przez lekko pofalowany teren przemykają szare cienie chmur lub jasne, słoneczne plamy. U schyłku ery mezozoicznej wędrowały tędy dinozaury. Miały bardzo ciekawy punkt orientacyjny. Ktoś się domyśla czym był ów punkt? No dobrze. Proszę głośniej. Śnieżka. Tak dla sprostowania, to ta palegeńska powierzchnia zrównania była troszeczkę wyżej. Erozja usunęła trzeciorzędową zwietrzelinę. Potem podczas orogenezy alpejskiej Sudety popękały. Niektóre fragmenty zostały wypiętrzone inne się zapadły. Odmłodzone stare Sudety nabrały charakteru gór zrębowych. Czym są zręby? To te części wypiętrzone ograniczone uskokami. Właśnie Równia pod Śnieżką jest takim zrębem. A gdzie rowy i zapadliska tektoniczne. Proszę spojrzeć dalej, na północ. Co tam jest? Tak, Kotlina Jeleniogórska. Możecie wierzyć lub nie, ale na dnie kotliny leży odpowiednik starej powierzchni, po której wędrujemy.

Chyba jechaliście z Jeleniej Góry do Szklarskiej Poręby. Płasko. Po lewej stronie piękna panorama Karkonoszy wyrastających z dna kotliny. Zbliżając się do Piechowic i góry zaczynają nam rosnąć. Nie rosną, tylko my jesteśmy coraz bliżej nich i uskoku. Wjeżdżając w dolinę Kamienną pokonujemy rozcięty przez jej wody uskok. To tu doszło do przesunięcia mas skalnych. Te wypchnięte utworzyły Karkonosze, a te drugie dno kotliny.

Uwaga! Skręcamy. Przy spalonej strażnicy skręcamy zgodnie z niebieskim oznaczeniem szlaku w kierunku Strzechy Akademickiej. Czerwony szlak biegnie dalej grzbietem.

Jeśli ktoś szuka pogorzeliska to nie znajdzie. Kiedyś była tu strażnica. Kiedyś była tu ścieżka przez torfowiska Równi pod Śnieżką do Lućni boudy na Bile louce. Korzystano z niej jeszcze w XVII w.

My trzymamy się utwardzonej jezdnej drogi i będziemy schodzić niżej. Ciekawskim mogę zdradzić, że byliśmy na 1430 m n.p.m. Teraz tylko w dół.

Po lewej stronie teren opada zbyt raptownie. To krawędź polodowcowego kotła Małego Stawu. Staw jest mały, natomiast kocioł duży. A czy jest duży staw? Jest, tylko że Duży Staw mieści się w polodowcowym „rondelku”.


Ponownie zbiera mi się na żarty. Zgoda, niemniej jednak nie jestem szkole. Zawsze tłumaczyłem uczniom, że geografia zaczyna się za oknem klasy, tu jest tylko nudna teoria. Jaki z tego wniosek? Najlepiej uczyć na trasie.

To co? Zanim dojdziemy do Strzechy, to kilka informacji o glacjologii. Nie słyszę sprzeciwu. Fajnie mieć takich uczestników wycieczki. Dziedzina nauki zajmująca się lodowcami, to glacjologia. Klasyczny lodowiec typu alpejskiego posiada pole firnowe i jęzor. Na polu firnowym śnieg przekształca się początkowo w szreń. To już nie śnieg, ale i nie lód. To taki stary śnieg marcowy z wyczuwalnymi drobnymi kryształami lodu. Szreń przekształca się firn, który ma wyraźne kryształki lodu i coraz mniej powietrza. Wzrastający nacisk masy śniegu, szreniu i firnu doprowadza do powstania lodu firnowego i właściwego lodu lodowcowego.

Wiemy jak powstał lód. A jak powstał lodowiec? Tu muszą być spełnione trzy warunki jednocześnie. Temperatura, ukształtowanie terenu i opady śniegu. Pierwszy warunek związany jest z granicą wiecznego śniegu. Śnieg tu wiecznie nie leży, gdyż topnieje lub sublimuje. Niemniej jednak akumulacja przeważa nad ablacją, czyli więcej jego się tu gromadzi niż ubywa w cyklu rocznym. Poniżej granicy wiecznego śniegu więcej go ubywa niż przybywa.

Ukształtowanie terenu ma taki wpływ, że musi powstać płat wiecznego śniegu, który zainicjowałby powstanie pola firnowego, a w przyszłości kotła. Dlatego w Tatrach nie ma lodowców, bo „młoda’ rzeźba terenu nie sprzyja zainicjowaniu powstania pola firnowego. Pozostałe warunki są spełnione.

No i opady, które za sprawą najzwyczajniejszej arytmetyki sprawiają, że lodowce są lub ich nie ma.

Dzisiaj w Karkonoszach mamy dogodne miejsca na tworzenie się lodowców. Mamy dostateczną ilość opadów. Nie mamy chłodu. Krótko mówiąc, jest za ciepło na lodowce.

Droga opada wzdłuż krawędzi kotła. Jeśli ktoś z was ma bujną wyobraźnię, to może wyobrazić sobie zimową scenerię, gdy dno kotliny Jeleniogórskiej wypełniał lądolód. Tam był lądolód, a tu lodowiec. Niedaleko od nas przebiegała szczelina brzeżna na polu firnowym. A! Cały kocioł był wypełniony śniegiem i lodem. Wędrówka przez pole firnowe mogła się skończyć tragicznie, gdyż owa szczelina brzeżna była niewidoczna. Czasami „latem” śnieg się roztapiał i ją odsłaniał. W wielu miejscach tworzyły się mosty śnieżne, a na granicy między polem firnowym a jęzorem powstawały lodospady. W fachowej literaturze możecie spotkać się z serakami.

Lodowce się roztopiły i pozostawiły po sobie piękne formy polodowcowe. W Karkonoszach spotkacie się z kotłami polodowcowymi, jeziorkami i morenami recesyjnymi, związanymi z postojem jęzora lodowcowego podczas jego zaniku.

O! Widać już dach Strzechy. Tym sposobem dotarliśmy na Złotówkę. Jeśli ktoś kojarzy to miejsce z drogocennym kruszcem, to kojarzy dobrze. Niedaleko stąd jest Złoty Potok. Kolejne miejsce związane z Walonami, którzy poszukiwali złota, szlachetnych kamieni i innych bogactw tych gór.


My nie będziemy szukać złota. Skorzystamy z gościnności schroniska, które usytuowane jest w bardzo ciekawym miejscu. Za plecami ściana kotła polodowcowego. Po przeciwnej stronie panorama na Kotlinę Jeleniogórską.

Są przypuszczenia, że pierwsze budynki powstały tu w pierwszej połowie XVII wieku. Prawdopodobnie była to strażnica na Śląskim Trakcie do Czech. Pierwszy zapis związany z tym miejscem pochodzi z 1654 r. i jest związany z informacją o budzie na Złotówce. Była to Buda Salomona, nazwa której wiązała się z jej właścicielem. Nazwa owej budy często ulegała zmianie, tak jak jej właściciele. Zatem po Salomonie buda należała do Daniela, a następnie do Hempla.

Owa buda była bardzo dobrym miejscem na atak na szczyt Karkonoszy. Jeśli ktoś przypuszcza, że oferowano tu doskonałe warunki pobytu, to jest w błędzie. W karcie dań, gdyby była taka, proponowano masło, chleb, mleko, ser, piwo i gorzałkę. Każdy kto chciał coś zjeść ponad to co oferował gospodarz budy musiał to przynieść.


Mijały lata. Pasterstwo, które przyczyniło się do powiększenia łąki na Złotówce, zaczęło schodzić na plan drugi. Ważnym momentem było wybudowanie kaplicy na szczycie Śnieżki. Za sprawa cystersów, którzy opiekowali się kaplicą powstało księżowskie schronisko. Był to 1738 rok. Schronisko to przetrwało do lat dwudziestych XIX wieku. W tym samym okresie pojawia się na Złotówce rodzina Hamplów z Wilczej Poręby. Buda na Złotówce należała do Hamplów od 1758 do 1836 roku. Niemniej jednak nazwa przetrwała aż do 1945 roku i to pomimo zmian właścicieli schroniska.

Nowe schronisko zostało wybudowane 1896 roku. Spłonęło 1 kwietnia 1906 roku. To już tradycja w historii karkonoskich schronisk. Uwaga! W tym samym roku, 8 września, uroczyście poświęcono nowy hotel górski.

Po II wojnie światowej schronisko przejęli studenci z Krakowa. Początkowo dawne schronisko Hempla nazywało się Wysokogórskim Domem Akademicki. Nazwę zmieniono w 1947 roku na Strzechę Akademicką. Nazwa ta się przyjęła i pomimo zmian właścicieli przetrwała do dzisiaj.

Warto pamiętać, że zimą żółty szlak do Białego Jaru jest zamknięty. Dlaczego? Lawiny!!! Mogli o tym przekonać się uczestnicy wycieczki, która odbyła się 20 marca 1968 roku. W zwałach śniegu zginęło wówczas 19 osób. Lawinisko miało 600 m długości, 80 m szerokości i 12 m grubości. Około 150 tysięcy ton śniegu przetoczyło się przez Biały Jar w ciągu 48 sekund z prędkością ponad 100 km na godzinę. Nie ma sposobu by uciec.

Zatrzymamy się tu na chwilę i powędrujemy dalej niebieskim szlakiem na dno kotła Małego Stawu. Mogę zmęczonych pocieszyć, że zatrzymamy się dłużej w Samotni.


Wszyscy są! Jest Pan Maruda! To chyba są wszyscy. Wiem, brakuje Legniczanki. Dostałem wiadomość, że Pani Lisa i Legniczanka dogonią nas w Samotni i nie będziemy samotni, tylko w komplecie.

Ścieżka łącząca Strzechę z Samotnią jest jedną z najpiękniejszych w Karkonoszach. Jeśli ktoś chciałby się o tym przekonać, to musi tu być przed październikową pełnią Księżyca. Dlaczego? Jest wówczas piękna pogoda, której towarzyszy euforia barw. Dodatkowo piękne stare schronisko i lekko zmarszczone wody Małego Stawu. Zdjęcie warto zrobić między dwunasta a czternastą. Tłem dla tej panoramy są szare skały polodowcowego karu.

Tu się zatrzymamy na dłużej. Przed nami już tylko Kocioł Małego Stawu, Stara Polana i Karpacz.


Jerzy Kucharski






Komentarze

Te wszystkie szkolne wycieczki pozostaną mi na długo w pamięci.A chatka i zjazdy na byle czym to już wogóle.Serdecznie Pana Profesora pozdrawiam.Małgośka
zgłoś komentarz
W chatce były trzy Małgośki. Na foliobobach jeździły dwie. Która? To nie ważne. Fajnie, że ktoś to pamięta. Pozdrawiam wszystkie moje Małgości i Małgośkę zwaną Gizdą. Jerzy Kucharski
zgłoś komentarz

Dodaj Komentarz

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Sklep Bigform